„Nie rozumiem, co ci się tak podoba w tym Neapolu? Ten brud, chaos i atakujący z każdej strony ryk klaksonów?” – zapytał mnie znajomy, gdy podekscytowana zdradziłam mu miejsce mojej ostatniej wyprawy. No cóż, są ludzie, którzy kierują się standardem hoteli, szukają ciszy i świętego spokoju, są tacy, dla których miernik miejskiej urody stanowią równo przystrzyżone trawniki i monumentalne budowle, ale są też i tacy, i ja do nich z pewnością należę, którzy widzą piękno w dziurawych brukach, walących się kamienicach i w wiszącej na sznurku bieliźnie.
Zobaczyć Neapol i umrzeć?
Mimo to nie pokochałam jednak Neapolu od pierwszego wejrzenia – może dlatego, że mój pierwszy pobyt tam,
przed ponad trzema laty, wspominam przez pryzmat obficie lejącego się z nieba
deszczu? Świat oglądany spod skrzydeł parasola nie poddaje się tak łatwo
zachwytowi – szczególnie zaś świat długich wąskich uliczek, kiepsko
wypadających w roli poskramiaczy deszczowych pereł. Z tamtych kilku dni
zapamiętałam więc głównie smak obłędnej pizzy z bakłażanem, woń tonów śmieci
flankujących co drugie drzwi (nawet tych najbardziej ekskluzywnych butików),
odgłos niewybrednych zaczepek, głównie ze strony nader licznych i bardzo
ekspansywnych emigrantów i ogólnie dość ponury obraz skąpanego w deszczowej
szarudze starego miasta.
W międzyczasie zdążyłam jednak
dwukrotnie zwiedzić Palermo, odkrywając, z każdym dniem na nowo i inaczej,
uroki tego wyjątkowo chaotycznego, a jakże niezwykłego miasta – nierzadko
porównywanego z Neapolem właśnie. Tak więc, choć propozycję, by
spędzić kilka dni w mieście Camorry i pizzy przyjęłam bez specjalnego
entuzjazmu, byłam ciekawa, na ile trwałe będzie owo pierwotne wrażenie. I nie
wiem, czy decydującym czynnikiem była tym razem pozytywna, Bogu dzięki, aura,
czy może raczej zmieniły się moje oczekiwania i preferencje, ukształtowane na
nowo pod wpływem sycylijskich, ale też marokańsko-izraelskich wojaży? Jedno
jest pewne – przepadłam. Nie powtórzyłabym
jednak za Goethem jego słynnego powiedzenia. Powiedziałabym raczej: zobaczyć
Neapol – to za mało. Bo Neapol to nie Rzym, zapierający dech w piersiach swoimi
wspaniałymi budowlami, to też nie Paryż ze zwietrzałą już wonią bohemy, ani nie
Londyn, z całym jego wielokulturowym bogactwem. Neapol nie rzuca na kolana, jak
wymuskany Mediolan czy rażąca pastelowym wdziękiem Wenecja. Neapol należy
smakować, choć niekoniecznie jak wyrafinowane danie wielkości przepiórczego jaja.
Kiedy przed trzema laty wysiadłam
na Napoli Centrale, głównej stacji kolejowej miasta, w pierwszej kolejności
trafiłam na Piazza Garibaldi – sporych rozmiarów plac zdominowany przez rzesze
czarnoskórych emigrantów, masowo sprzedających takie same tandetne torebki i
paski. Nie byli specjalnie nachalni, nie wydawali się też niebezpieczni. A
jednak, mieszkając w pobliżu tego osobliwego targowiska nie czułam się
komfortowo nawet na myśl o samotnej przechadzce tamtędy w godzinach nocnych.
Obecnie Piazza Garibaldi stała się wielkim placem budowy, sprzedawcy torebek
przenieśli się więc w inne, mniej centralnie położone miejsca – nie stanowią
już, w każdym razie, wizytówki neapolitańskiego dworca i jego okolic.
Ojciec Pio na motorze
Czyżby
ów specyficzny kult czyśćca, cecha znamionująca stolicę Kampanii, był przejawem
strachu przed wiszącym nad miastem zagrożeniem ze strony potężnego i nieubłaganego
Wezuwiusza? Jedno jest pewne – neapolitańczycy wolą dmuchać na zimne, dlatego
też, mimo zakazu władz kościelnych, wciąż zanoszą kwiaty, maskotki i błagalne
liściki czaszkom zdobiącym wnęki ścian kościoła Santa Maria delle Anime del
Purgatorio ad Arco. Jest to więc specyficzny rodzaj pobożności – trochę
dewocyjno-przesądnej, trochę jarmarcznej (dość wspomnieć o sztucznych kwiatkach
czy neonowych lampkach zdobiących niejedną kapliczkę) – i wyjątkowa, nawet jak
na południe Italii, symbioza sacrum i profanum. Dowodzą tego nie tyko
wspomniane miejsca kultu (niejednokrotnie zastawione wszędobylskimi skuterami,
skrzynkami po warzywach, krzesłami i wszelkim zbędnym dobrem), ale także
wnętrza domów czy warsztatów, „wytapetowane” świętymi obrazkami – tu również z wizerunkiem ojca Pio na czele.
Swoją pobożność mieszkańcy
Neapolu lubią nie tylko podkreślać, ale też wystawiać na widok publiczny. Ciekawość
voyerów lubiących zaglądać do cudzych domostw pomogą tu zaspokoić otwarte na
oścież drzwi i okna pozbawione rolet.
Owe szmaciane zawieszki, choć
występują w Neapolu masowo, ze względu na swoje rozmiary nie narzucają się
oczom zwiedzającym w takim stopniu, jak choćby coraz bardziej popularne
graffiti – na ogół figuratywne, czasem o zabarwieniu humorystycznym, nierzadko
narracyjne. Te najciekawsze, zdobiące
mury dzielnicy hiszpańskiej, pochodzą z „warsztatu” jednego mistrza, którego
tożsamości niestety nie dane mi było poznać.
Polski sklep z ruskim żarciem, czyli neapolitański zawrót głowy
Neapol to miasto z gatunku sowich, pełnię aktywności uzyskujące w godzinach popołudniowych, choć tętniące życiem także wieczorem i w nocy. W ciągu dnia, zwłaszcza w dwóch jego głównych arteriach, roi się od turystów oblegających sklepy z pamiątkami, rzemieślnicze stragany z bożonarodzeniowymi szopkami (otwarte cały rok) czy pizzerie, z których niejedna reklamuje się oryginalnym pradawnym ciastem firmowanym twarzami międzynarodowych celebrytów. Trzeba jednak przyznać, że pizza neapolitańska nie ma sobie równych w całej Italii i gdziekolwiek by się nie poszło, smakuje naprawdę wybornie. A przy tym kosztuje niewiele. Neapol generalnie nie jest drogi, zaryzykowałam wręcz stwierdzenie, że to jedno z tańszych miejsc nie tylko we Włoszech, ale w ogóle w tej części Europy. Nawet posiadacz niezbyt zasobnego portfela nie będzie tu głodował, a jest też szansa, że za niewielkie pieniądze znajdzie sobie całkiem przyzwoite lokum. My wynajęliśmy od sympatycznego, choć nieco roztrzepanego Sergia kawalerkę na poddaszu, w dawnym pałacu miejskim, z widokiem na katedrę. Idealna miejscówka dla pary – w centrum, a jednocześnie nieco na uboczu, tanio, a przy tym dostatecznie komfortowo, by spędzić tu nawet więcej niż te marne trzy dni.
Neapol to miasto cieszące się
raczej złą sławą – przede wszystkim dzięki działalności Camorry, stosom śmieci,
które przez lata stanowiły znak rozpoznawczy stolicy Kampanii, jak też z uwagi
na hałas będący udziałem niezliczonej liczby motorów i skuterów, które nieodpornego
turystę przyprawić mogą o zawrót głowy. Lubią nadjeżdżać z najmniej
spodziewanej strony (ulica jednokierunkowa nie jest dla nich żadną przeszkodą),
rozpędzone przy tym niemiłosiernie i dające o sobie znać rykiem klaksonów,
niepozostawiającym cienia wątpliwości co do hierarchicznego układu sił na
drodze. Wystarczy jednak zapuścić się w którąś z bocznych uliczek starówki,
albo też nieco dalej, w okolicę dzielnicy hiszpańskiej czy w rejony Pallazo
Reale di Capodimonte, by znaleźć się w
zupełnie innym Neapolu, mniej hałaśliwym i niemal pozbawionym turystycznej
braci. Jeśli się taka trafi, zatroskani autochtoni natychmiast nieproszeni
nadbiegają z pomocą, pewni, że biedni turyści zgubili drogę do starówki.
Ale
nawet ścisłe centrum traci swój jarmarczno-festiwalowy sznyt we wczesnych
godzinach rannych, kiedy to miasto dopiero budzi się w swym nieśpiesznym
rytmie. O tej porze jeszcze nikt nie ma siły kłócić się ani śpiewać, zaspani
barmani serwują pierwsze espresso zdążającym do pracy neapolitańczykom, a kwiaciarki
rozkładają swe dobra na okolicznych straganach. Tylko na ulicach nie ustaje
ruch, a ci, którzy wybrali transport miejski lub własne auto grzęzną w korkach,
zapewne mając dzięki temu dość czasu, by nawet bez porannego espresso obudzić
się przed pracą czy szkołą.
Nas ten problem nie dotyczył, nie
zgrzeszyliśmy bowiem jakimkolwiek środkiem komunikacji, nawet w drodze na
oddalone od centrum Palazzo Reale di Capodimonte, zachwycające zbiorami nie
tylko włoskiego malarstwa. Ostatniego dnia przemierzaliśmy miasto wczesnym
rankiem, szukając po drodze na dworzec spożywczaka z birrą Peroni, którą
chcieliśmy, jak na prawdziwych Polaków przystało, kupić na drogę do Sorrento.
Sklep znaleźliśmy, wedle szyldu polski, choć z rosyjskimi produktami i takąż
obsługą. Polski czy ruski, jeden pies? Piwo, na szczęście, mieli włoskie.
***
Trzy dni to jednak zdecydowanie
za mało, żeby zwiedzić miasto, nie mówiąc już o jego poznaniu. Jak dla mnie
jednak wystarczająco przynajmniej na tyle, żeby się upewnić, iż muszę i chcę
tam wrócić. Wedle książki Agnese Palumbo, wskazującej na „101 rzeczy do
zrobienia w Neapolu przynajmniej raz w życiu”, przede mną jeszcze wiele do
zobaczenia i przeżycia. Starczy zapewne na niejedną wycieczkę, a może też, kto
wie, nieco dłuższy romans z tym niezwykłym miastem, będącym kolebką barokowej
architektury sakralnej, centrum przestępczości i emigracji, wielkim (choć
ostatnio coraz mniejszym) wysypiskiem śmieci, ale też stolicą pizzy, muzyki i
włoskiej gościnności jednocześnie. Znacie inne takie miejsce na ziemi?
Podoba mi się. Opis, nie Neapol :-) Chociaż w Neapolu (jeszcze) nie byłem. I chociaż - za nieodżałowanym Kapustą - wolę krótsze zdania. Niemniej, zachęcony travelbitem, będę zaglądał.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam,
Piotr
Dzięki za komentarz Piotrze. Nad tymi zdaniami faktycznie muszę popracować, trochę za dużo tych wtrąceń i nawiasów. Pozdrawiam
UsuńDługie zdania mają głębiej swój początek - krótkie, prędzej przebrzmiewają. Lecę tam w maju :-)
UsuńDługie zdania mają głębiej swój początek - krótkie, prędzej przebrzmiewają. Lecę tam w maju :-)
UsuńPojechałabym z chęcią raz jeszcze! Ale póki co w kwietniu zawitam jeszcze dalej na południe - tj. do Kalabrii. Przyjemności w Neapolu!
UsuńMówi się, że Neapol się nie zwiedza ale przeżywa :). W pełni się z tym zgadzam - albo się go uwielbia albo wręcz przeciwnie. Jedno jest pewne: nie pozostawia obojętnym.
OdpowiedzUsuńLecę tam w niedzielę na 3 dni. Dzięki za opis!
OdpowiedzUsuńProszę bardzo:) A Neapolu zazdroszczę! Daj znać, jak wrażenia
UsuńPierwszy, naprawdę zachęcający opis, jaki znalazłam w necie. Lecę do Rzymu jesienią i zastanawiam się nad pojechaniem na jeden dzień do Neapolu. Nie, żeby zwiedzać, ale po prostu przejść się przez kilka godzin i właśnie "przeżyć" kawałek Neapolu, a przede wszystkim pójść na pizzę :D i ja też wolę żywe miasta, niewymuskane :) pozdrawiam!
OdpowiedzUsuńJeśli lubisz niewymuskane miasta, jedź koniecznie! Pozdrawiam
UsuńBaaaardzo interesująco I fajnie napisany blog.Do Neapolu lecę z żoną na tydzień.Jak wròcę to dam znać.Pozdrawiam.MS
OdpowiedzUsuńDzięki! Daj znać koniecznie. Pozdrawiam!
UsuńW Neapolu zakochałam się od pierwszego wejrzenia! Poczułam ten klimat i wiem, że kiedyś na pewno tam zamieszkam :) Ludzie dziwią się, co tak naprawdę podoba mi się w tej górze śmieci? Oni nie rozumieją, ale ty widzę tak :)
OdpowiedzUsuńŚwietny blog, pozdrawiam :)
Dzięki! Pozdrawiam
Usuńświetnie napisane! Jadę pod koniec marca :)))
OdpowiedzUsuńDzięki! A Neapolu zazdroszczę :)
UsuńHej :) Kilka dni temu wróciłam właśnie z wycieczki do Neapolu i postanowiłam poczytać relacje innych z tego miasta. Zaitrygowana tytułem posta trafiłam na Twój blog i muszę powiedzieć, że niemal po każdym zdaniu myślałam: "mam tak samo!". Ja co prawda byłam tam pierwszy raz, ale może kiedyś wrócę. Szkoda, że o tej książce z pomysłami na Neapol nie dowiedziałam się przed wyjazdem...
OdpowiedzUsuńPozdrawiam serdecznie :)
No poro masz lekkie , to trzeba przyznac...Czyta sie wspaniale .Ja zachwycam sie kazdym miejscem we Wloszech.Neapol jeszcze w planach ale na bank....Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńFajnie oddany klimat miasta. Nigdy nie byłam w Neapolu ale dzięki tekstowi mogłam pospaceroawą po jedo zaułkach.
OdpowiedzUsuńDzięki :)
Usuńa już niedługo zobaczę Neapol i mam nadzieję, że nie umrę i zobaczę coś jeszcze. Ciekawy artykuł :-)
OdpowiedzUsuńBardzo ciekawe stwierdzenie z tą cebulą. Mnie Neapol kusi, ale jednak to Pompeje z uwagi na moje zainteresowania historyczne są dla mnie bardziej atrakcyjne. Ostatnio na https://pompeje.pl/ czytałam o Pompejach, chciałam wiedzieć ile kosztuje wstęp i jak tam dojechać z Neapolu. Wyjeżdżamy do Włoch na 5 dni i myślę, że uda nam się zobaczyć zarówno Neapol jak i zwiedzić Pompeje.
OdpowiedzUsuń