ABCHAZJA (4) ARMENIA (5) CZARNOBYL (5) Do poczytania (3) GRUZJA (15) IZRAEL (1) Jerozolima (4) KIRGISTAN (11) KolejNaOpowieść (1) Lwów (1) NEAPOL i wybrzeże Amalfi (4) Przeczytane/zobaczone (3) SYBERIA (8) Turcja (3) UZBEKISTAN (2) WENECJA (1)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NEAPOL i wybrzeże Amalfi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NEAPOL i wybrzeże Amalfi. Pokaż wszystkie posty

Ravello, Scala i samotna wyprawa wąwozem do Furore

Zwiedzając wybrzeże Amalfi trzeba, co oczywiste, pojechać do Ravello – opisywanego w naszym ilustrowanym przewodniku (tytułu z litości nie podam) w największych superlatywach.  Ponieważ jednak autor tegoż nie uznał za istotne choćby napomknąć o tak przecież urokliwym Atrani, podchodziliśmy do jego opisu z rezerwą, obawiając się kolejnej typowo turystycznej atrakcji. Niewątpliwie Ravello nie może narzekać na brak turystycznej gawiedzi, trzeba jednak przyznać, że nie pozbawia go to wcale jego uroku. Pięknie położone, z licznymi punktami widokowymi, zacisznymi ogrodami oraz architekturą noszącą wciąż ślady dawnej, średniowiecznej świetności – może urzekać. Nawet ulokowane tu licznie luksusowe hotele, czyniące z miasteczka szykowną przystań dla wybranych, nie burzą tego romantycznego, choć nieprzesłodzonego obrazu.




Positano i Amalfi

Zwiedzanie wybrzeża zaczęliśmy od Praiano – niewielkiego miasteczka leżącego mniej więcej w połowie drogi między Sorrento a Salerno – skąd szybko udaliśmy się na najsłynniejszy szlak w okolicy, czyli Ścieżkę Bogów (Sentiero dei Dei). Postanowiliśmy przejść całą trasę prowadzącą do dużo większego i bardziej popularnego Positano. Spodziewaliśmy się prostej i przyjemnej wędrówki z pięknymi widokami dookoła. Widoki faktycznie były czarujące, ale sama droga do najprzyjemniejszych jednak nie należała. Zwłaszcza jej pierwszy, co najmniej dwugodzinny odcinek schodami w górę. Najpierw w samym miasteczku, a potem coraz wyżej położonymi ścieżkami powstałymi z połączenia dawnych dróżek pasterskich. Szczodrze nas grzejące słońce nie ułatwiało zadania. Na szczęście cudne widoki dookoła te trudy sowicie wynagradzały.





Gulasz w brzuchu, czyli w drodze na wybrzeże Amalfi

Z żalem opuszczamy Neapol, bo jeszcze tyle zostało do zobaczenia. Jeszcze chciałoby się przynajmniej raz przejść ulubionymi uliczkami, popatrzeć na miasto z góry, zobaczyć ponownie choć niektóre z pośpiesznie mijanych w muzeum obrazów, zjeść po raz kolejny najlepszą pod słońcem pizzę lub bodaj usiąść na chwilę przy gęstym jak smoła i niezwykle mocnym espresso. Obiecujemy sobie wrócić tu jak najszybciej i lekko niepocieszeni wyruszamy kolejką do Sorrento, które będzie bazą wypadową dalszej części wycieczki. Droga wiedzie przez Herkulanum i Pompeje – główny cel podróży tych dzikich tłumów, z którymi dzielimy miejsce w niewielkich wagonach. Oba miasta zwiedziliśmy przed kilkoma laty, planujemy więc rewizytę przy następnej bytności w Neapolu, a tymczasem cieszymy się, że wielokulturowy tłum znacząco się rozrzedził, dookoła słychać tylko piękny włoski język i w końcu możemy usiąść i wypić jeszcze zimne Peroni (to nic, że dopiero południe) zagryzane rustykalnymi chipsami (i to piszę ja, orędowniczka zdrowego żywienia! Ech, sumienie gryzło, ale tradycji musiało stać się zadość. Raz nie wieczność, prawda?).


Neapol jest jak cebula



„Nie rozumiem, co ci się tak podoba w tym Neapolu? Ten brud, chaos i atakujący z każdej strony ryk klaksonów?” – zapytał mnie znajomy, gdy podekscytowana zdradziłam mu miejsce mojej ostatniej wyprawy. No cóż, są ludzie, którzy kierują się standardem hoteli, szukają ciszy i świętego spokoju, są tacy, dla których miernik miejskiej urody stanowią równo przystrzyżone trawniki i monumentalne budowle, ale są też i tacy, i ja do nich z pewnością należę, którzy widzą piękno w dziurawych brukach, walących się kamienicach i w wiszącej na sznurku bieliźnie.