W Alawerdi zatrzymuję się w B&B poleconym mi przez babeczkę z hostelu w Erywaniu. Zostawiam bagaże i ruszam na rekonesans okolicy, za cel obierając niedaleki Odzun. Tu samochody same się zatrzymują, a ich kierowcy ze zdumieniem i niedowierzaniem przyjmują moją niechęć do wspólnej jazdy. Jest tak pięknie, chcę nacieszyć oczy cudownymi widokami. W końcu jednak daję za wygraną i wsiadam do auta, które psuje się po kilkudziesięciu przejechanych metrach. Kierowca za kwestię honoru uznaje znalezienie mi transportu, nie chce nawet słuchać moich nieśmiałych wykrętów. Ponoć Ormianie także na szczyty wjeżdżają samochodami. Dla nich góry i piesze wędrówki to żadna atrakcja. Przeciwnie - widzą w tym rodzaj ujmy, co dobitnie pokazuje znane ormiańskie powiedzenie: „Gość, który przyszedł o własnych nogach, nie zdobędzie szacunku”. No cóż, co kraj, to obyczaj.
"Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej" (Kapuściński)
ABCHAZJA
(4)
ARMENIA
(5)
CZARNOBYL
(5)
Do poczytania
(3)
GRUZJA
(15)
IZRAEL
(1)
Jerozolima
(4)
KIRGISTAN
(11)
KolejNaOpowieść
(1)
Lwów
(1)
NEAPOL i wybrzeże Amalfi
(4)
Przeczytane/zobaczone
(3)
SYBERIA
(8)
Turcja
(3)
UZBEKISTAN
(2)
WENECJA
(1)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ARMENIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ARMENIA. Pokaż wszystkie posty
"Armenia ma twarz pięknej dziewczyny": Sewan i dziewicza przyroda okolic Dilidżanu
Wczesnym rankiem opuszczam bazę
noclegową w Erywaniu i ruszam dalej. Pierwszym przystankiem jest Sewan – chluba
Ormian, którzy z braku dostępu do morza cenią sobie bardzo to rozległe i
pięknie położone jezioro. Jadę z bagażem, zamierzam jednak szukać noclegu
gdzieś bardziej na północ. Do miasteczka o tej samej nazwie, oddalonego jednak
o 6 km od jeziora dojeżdżam marszrutką. Za namową kierowcy zostawiam plecak w
aucie – umawiamy się na odbiór po południu, jak skończy pracę. Trochę to
ryzykowne, jednak nie mam wyjścia – nie będę przecież wlokła przez cały dzień
10-kilogramowego bagażu! Kierowca
wygląda zresztą na porządnego gościa. W marszrutce poznaję też młodą Kanadyjkę,
która, tak jak ja, podróżuje samotnie. Jedziemy miejskim autobusem nad jezioro
i sąsiedni monaster, a stamtąd bierzemy taksówkę, by zwiedzić jeszcze okoliczne
atrakcje – mniej oblegane przez turystów, bo też trudniej dostępne.
Szlak świątynny w okolicy Erywania: Eczmiadzyn, Chor Wirap, Garni i Geghard
Następnego dnia rano w końcu
wyjeżdżam z miasta. Mój pierwszy cel to oddalony o 18 km od Erywania
Wagharszapat, a w nim Eczmiadzyn, czyli najstarsza i największa świątynia
ormiańska, taki ichni Watykan. A że jest niedziela, mam taki skromny, ale jak
się okazuje, wcale niełatwy do zrealizowania plan, by dotrzeć na mszę. Bo, jak
mi mówiono, odprawiane są tam z iście teatralnym rozmachem. Kierowana głównie
ciekawością udaję się więc na przystanek, gdzie jednak miast klasycznej
marszrutki stoi cokolwiek zbrakowany autobus, pamiętający chyba lata
przedwojenne. Wsiadam, żeby zdążyć na czas, choć pewnie mądrzej byłoby poczekać
na coś, co jedzie szybciej niż zasapany rowerzysta… Po dziesięciu minutach
takiej „jazdy” już mi się nigdzie nie spieszy, już tylko marzę, żeby dojechać w
jednym kawałku. Autobus bowiem wydaje z siebie dziwne gruchotanie na zmianę z
warczeniem i popiskiwaniem. Jedyną nadzieją jest spokojna i pozbawiona wyrazu
twarz kierowcy. Inni pasażerowie też wydają się być mało zdziwieni tym
osobliwym środkiem komunikacji.
Giumri i Erywań, czyli o tym czego miałam nie zwiedzać
Planowałam jak
najszybciej dostać się do stolicy, nie po to jednak, by zwiedzać miasto
(wolałam poszwendać się po nim wieczorami), lecz by jak najszybciej udać się do
okolicznych wsi i miasteczek i nasycić oczy urokliwymi kościółkami i
klasztorami – charakterystyczną architekturą Armenii.
Droga do Armenii, czyli o tym jak nie mogłam wydostać się z Gruzji
Subskrybuj:
Posty (Atom)