Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ARMENIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ARMENIA. Pokaż wszystkie posty

Północna Armenia: Odzun, Hachpat, Sanahit oraz sentymentalny powrót do Tbilisi

W Alawerdi zatrzymuję się w B&B poleconym mi przez babeczkę z hostelu w Erywaniu. Zostawiam bagaże i ruszam na rekonesans okolicy, za cel obierając niedaleki Odzun. Tu samochody same się zatrzymują, a ich kierowcy ze zdumieniem i niedowierzaniem przyjmują moją niechęć do wspólnej jazdy. Jest tak pięknie, chcę nacieszyć oczy cudownymi widokami. W końcu jednak daję za wygraną i wsiadam do auta, które psuje się po kilkudziesięciu przejechanych metrach. Kierowca za kwestię honoru uznaje znalezienie mi transportu, nie chce nawet słuchać moich nieśmiałych wykrętów. Ponoć Ormianie także na szczyty wjeżdżają samochodami. Dla nich góry i piesze wędrówki to żadna atrakcja. Przeciwnie - widzą w tym rodzaj ujmy, co dobitnie pokazuje znane ormiańskie powiedzenie: „Gość, który przyszedł o własnych nogach, nie zdobędzie szacunku”. No cóż, co kraj, to obyczaj.




"Armenia ma twarz pięknej dziewczyny": Sewan i dziewicza przyroda okolic Dilidżanu

Wczesnym rankiem opuszczam bazę noclegową w Erywaniu i ruszam dalej. Pierwszym przystankiem jest Sewan – chluba Ormian, którzy z braku dostępu do morza cenią sobie bardzo to rozległe i pięknie położone jezioro. Jadę z bagażem, zamierzam jednak szukać noclegu gdzieś bardziej na północ. Do miasteczka o tej samej nazwie, oddalonego jednak o 6 km od jeziora dojeżdżam marszrutką. Za namową kierowcy zostawiam plecak w aucie – umawiamy się na odbiór po południu, jak skończy pracę. Trochę to ryzykowne, jednak nie mam wyjścia – nie będę przecież wlokła przez cały dzień 10-kilogramowego bagażu! Kierowca wygląda zresztą na porządnego gościa. W marszrutce poznaję też młodą Kanadyjkę, która, tak jak ja, podróżuje samotnie. Jedziemy miejskim autobusem nad jezioro i sąsiedni monaster, a stamtąd bierzemy taksówkę, by zwiedzić jeszcze okoliczne atrakcje – mniej oblegane przez turystów, bo też trudniej dostępne.

Szlak świątynny w okolicy Erywania: Eczmiadzyn, Chor Wirap, Garni i Geghard

Następnego dnia rano w końcu wyjeżdżam z miasta. Mój pierwszy cel to oddalony o 18 km od Erywania Wagharszapat, a w nim Eczmiadzyn, czyli najstarsza i największa świątynia ormiańska, taki ichni Watykan. A że jest niedziela, mam taki skromny, ale jak się okazuje, wcale niełatwy do zrealizowania plan, by dotrzeć na mszę. Bo, jak mi mówiono, odprawiane są tam z iście teatralnym rozmachem. Kierowana głównie ciekawością udaję się więc na przystanek, gdzie jednak miast klasycznej marszrutki stoi cokolwiek zbrakowany autobus, pamiętający chyba lata przedwojenne. Wsiadam, żeby zdążyć na czas, choć pewnie mądrzej byłoby poczekać na coś, co jedzie szybciej niż zasapany rowerzysta… Po dziesięciu minutach takiej „jazdy” już mi się nigdzie nie spieszy, już tylko marzę, żeby dojechać w jednym kawałku. Autobus bowiem wydaje z siebie dziwne gruchotanie na zmianę z warczeniem i popiskiwaniem. Jedyną nadzieją jest spokojna i pozbawiona wyrazu twarz kierowcy. Inni pasażerowie też wydają się być mało zdziwieni tym osobliwym środkiem komunikacji.

Giumri i Erywań, czyli o tym czego miałam nie zwiedzać

No więc jadę wreszcie do Erywania, po ponad dwóch dniach od opuszczenia Abchazji. Nie był to na pewno stracony czas, przeciwnie nawet, jednak z radością oglądam przez przybrudzone okno marszrutki stepowy niemal krajobraz przygranicznej Armenii. 
Planowałam jak najszybciej dostać się do stolicy, nie po to jednak, by zwiedzać miasto (wolałam poszwendać się po nim wieczorami), lecz by jak najszybciej udać się do okolicznych wsi i miasteczek i nasycić oczy urokliwymi kościółkami i klasztorami – charakterystyczną architekturą Armenii. 

Droga do Armenii, czyli o tym jak nie mogłam wydostać się z Gruzji

Jeśli komuś zależy na szybkim dostaniu się z Gruzji do Armenii, zdecydowanie powinien wybrać za punkt startowy Tbilisi, a stamtąd udać się do Alaverdi.  Nie polecam kierowania się moimi śladami, tj. z Kutaisi do Achalciche. No chyba, że ma ów ktoś sporo czasu i do Armenii wcale mu nie śpieszno. Ja co prawda czasu nie miałam, ale nie miałam też za bardzo wyjścia, bo jechałam aż z Abchazji. Dojazd do Armenii zajął mi ponad dwa dni, co nie znaczy jednak, że nie da się szybciej. Tu zaważyły i dziwne zbiegi okoliczności, i fakt że wybrałam za środek lokomocji głównie autostop. I wreszcie moja słabość do bratania się z autochtonami, mimo marnej znajomości rosyjskiego, o gruzińskim nie wspominając. Przede wszystkim jednak wyjechałam z Kutaisi za późno. Nie było już żadnej marszrutki do Achalciche, wzięłam więc taką do Baghdadi, naiwnie zakładając, że stamtąd wydostanę się dużo łatwiej. Kierowca busika ową wycieczkę mi żarliwie odradzał, strasząc groźnymi lasami i przestrzegając przed autostopem. Naszej rozmowie przysłuchiwała się młoda, na około dwudziestoparoletnia dziewczyna, która po chwili płynną angielszczyzną zaproponowała mi nocleg pod miastem, w domu swoich nieżyjących już dziadków, gdzie wraz z 10-letnim rodzeństwem spędzała wakacje. Z braku lepszego pomysłu przystałam na tę propozycję, z żalem żegnając nadzieję na dotarcie przed zmrokiem do armeńskiej granicy.