O kulinarnych zwyczajach w Kirgistanie, jeździe w bagażniku oraz o pomnikach Gagarina, kopalni złota i pięknych krajobrazach w wąwozie Barskoon


Barskoon to malownicze miejsce leżące nieopodal południowego wybrzeża jeziora Issyk-Kul. Nic o nim nie wiem, poza tym, że mieści sławny ponoć wodospad i nie mniej sławny pomnik Gagarina (a ściślej mówiąc dwa). Postanawiam tam jednak pojechać, choć łatwe to wcale nie jest. Marszrutka zawozi mnie co prawda do wsi o tej samej nazwie, ale do wodospadu jeszcze szmat drogi. Tak w każdym razie twierdzi pewien staruszek w kołpaku i z iście kozią siwą brodą, który chwilę później zgarnia mnie z szosy. Dziadek trudni się rozwożeniem po okolicy kumysu – lekko sfermentowanego kobylego mleka, które (w co Kirgizi święcie wierzą) gwarantuje długowieczność. W tej kwestii własnej opinii rzecz jasna, nie posiadam, z całą pewnością jednak mogę stwierdzić, że ów około 2-procentowy trunek gwarantuje…. rozwolnienie. Pić go należy więc z umiarem, co akurat – zważywszy na niezbyt pociągające walory smakowe – nie powinno stanowić większego problemu. Mój kierowca wspaniałomyślnie oferuje mi butelkę tego tradycyjnego narodowego „przysmaku”. Odmawiam jednak - czeka mnie jeszcze kilkukilometrowa wędrówka, a noszony na grzbiecie plecak już i tak wystarczająco ciąży memu schorowanemu ciału. Jeździmy po wiosce dobre pół godziny, ani na jotę nie zbliżając się do celu. Moje pytania staruszek zbywa jedynie dziwnym, choć wymownym uśmiechem, obnażając przy tym swe dwa majestatyczne złote implanty, które starczają mu za całe uzębienie. W końcu, mimo protestów staruszka, wysiadam – mam nieodparte wyrażenie, że szybciej dojdę piechotą.

O niezwykłej kirgiskiej gościnności, pierwszym noclegu w jurcie i spotkaniu prawdziwego Włóczykija. Kanion Skazka i plaża w Kadżysaju, czyli ekskursja wokół jeziora Issyk-kul cz. 2


„Nigdzie gościnność taka, jak u Polaka”, mówi pewne stare i słusznie dziś zapomniane przysłowie. Każdy bowiem, kto choćby na chwilę zawitał w Gruzji czy Armenii mógł się szybko przekonać, że niczym jest nasza przysłowiowa gościnność wobec tych gestów szczodrości, z jakimi spotykają się turyści na Zakaukaziu. Wydawać by się mogło, że bardziej się nie da. A jednak. Kirgistan zaskakiwał mnie wiele razy, na różny sposób. Ale najbardziej podczas tego trzytygodniowego pobytu zaskoczyła mnie niewyobrażalna wprost gościnność i (nie)zwykła ludzka serdeczność, z jaką witali mnie napotykani po drodze ludzie. Samotnie podróżująca kobieta to w tym kraju nie tak często spotykany widok, wzbudzałam więc z pewnością większe zainteresowanie niż przeciętny turysta.  Tym bardziej jeszcze, że nie woziłam się taksówkami i nie spałam w luksusowych hotelach ani nawet w średniej klasy pensjonatach. Ale też z tego powodu byłam łatwym celem dla potencjalnych oszustów, gwałcicieli i innych typów spod ciemnej gwiazdy, którymi straszono mnie naokoło. Może miałam niewyobrażalne szczęście, a może Kirgizi są jeszcze niezepsuci przez turystów i ich wypchane „sakiewki”? Na mnie w każdym razie niemal nikt nie chciał zarobić, choć wielu miało okazję. Na każdym kroku natomiast spotykałam się z autentyczną, choć czasem uciążliwą troską i bezinteresowną życzliwością okazywaną mi przez młodych i starych, mężczyzn, kobiety, a nawet – tak! – dzieci!

O pięknym jeziorze Issyk-Kul, niepięknej plaży w Bałykczy oraz czarnej glinie nad słonym Kara-Kolem


Kirgistan to prawdziwa mekka dla miłośników gór: czy to niedzielny spacerowicz, amator kilkudniowych trekkingów, czy też rasowy alpinista – każdy znajdzie tu coś dla siebie. Nie mają natomiast czego szukać w tym kraju koczowników pasjonaci zabytkowej architektury i miejskiego rozgardiaszu. No, chyba że lubują się w sowieckich budowlach i lokalnych bazarach – ale nie one z całą pewnością stanowią o walorach tego środkowoazjatyckiego państwa. Kirgistan kradnie serca turystów swymi cudownymi wysokogórskimi pejzażami, ale też…imponującym słonawym jeziorem Issyk-Kul – długim na 180 i szerokim na 60 kilometrów! To wielkie (drugie pod tym względem na świecie), cudownie turkusowe i ciepłe jezioro, bajecznie położone w otoczeniu cztero- i pięciotysięczników Tienszanu, jest prawdziwą chlubą miejscowych. Kirgizi po górach nie chodzą, w każdym razie nie dla przyjemności. Bo jeśli mają urlop, jadą na Issyk-kul: całymi rodzinami, z grupą przyjaciół lub w pojedynkę. Śpią w jurtach, prywatnych kwaterach, a co zamożniejsi – w hotelach i pensjonatach. Spotkany w Kirgistanie turysta, po obowiązkowych pytaniach o dzieci, stan cywilny i religię, usłyszy na pewno powtarzane jak mantrę przez lokalsów: „A w Issyk-kul był(a)”? Obowiązkowy coroczny pobyt nad tym wielkim jeziorem nie oznacza jednak, że Kirgizi Issyk-kul znają. Gros lokalnych turystów wybiera bowiem przede wszystkim północną część wybrzeża i na ogół jest to najmniej atrakcyjna, choć z jakichś niezrozumiałych powodów niezwykle popularna (a przez to też niesłychanie, jak na ten kraj, droga) Czołponata – wylęgarnia naciągaczy wszelkiego autoramentu i wielki jarmark egzotycznej tandety.

O kirgiskim stosunku do czasu, arbuzach i kumysie oraz o tym, jak nie zdobyłam Uczitiela

Kirgizi nie lubią się spieszyć. Pośpiech, można by rzec, nie leży w ich naturze, jest zaprzeczeniem celebracji, z jaką podchodzą nie tylko do jedzenia, ale też do codziennych, rutynowych czynności. Dlatego, słysząc: „nie mam czasu” czy „muszę już iść”, reagują na ogół niedowierzaniem lub zdumieniem. I dlatego też w ich wokabularzu „zaraz” jest słowem o dość pojemnej treści i oznacza na ogół bliżej nieokreśloną przyszłość. Powinnam się była tego nauczyć już dawno, podróżując choćby po Gruzji czy Armenii. „Zaraz pojedziemy” – słyszałam nieraz od podwożących mnie kierowców, gdy zatrzymywaliśmy się po drodze na czaj. I czaj owszem, był, tyle że po nim następowało na ogół wino, długie toasty i sowity poczęstunek. Kirgizi nie wygłaszają takich elaboratów, pijąc alkohol, ale podejście do czasu mają podobne.
„Zaraz pojedziemy” –  słyszę od Asima wczesnym rankiem, gdy tylko wychylam głowę z sypialni. Zależy mi naturalnie, by jak najszybciej ruszyć w powrotną drogę do Alpłagru. Nie mam jednak najmniejszej ochoty po raz kolejny przechodzić tą nudną, 12-kilometrową drogę. Asim obiecuje, że zawiezie mnie pod samą bramę. I słowa dotrzyma, ale nim to nastąpi, siedzę jak głupia na ganku i czekam niczym na boże zmiłowanie. „Nie ma co się spieszyć – słyszę tylko – siedź, pij czaj, odpoczywaj. Zrezygnowana uśmiecham się więc miło do kolejnych sąsiadów, którzy wpadają na filiżankę herbaty i wyjadam gruszki z sadu Asima, starając się nie zerkać w miejsce wczorajszej rzezi. Po koniu nie ma już śladu – tylko na gałęzi, niczym trofeum, wisi kawałek zwierzęcej skóry

O zabitym koniu, sadzie pełnym marihuany i o tym, że to Kirgizi wynaleźli rap. Albo jak nie doszłam do parku Ała-Arcza

Pomysł, by iść w góry zaraz następnego dnia po przyjeździe do Kirgistanu, w dodatku w połowie terapii antybiotykowej, zdecydowanie nie należał do najmądrzejszych. Jednak czułam się już całkiem dobrze, naiwnie uznałam więc, że dalej truć się nie ma sensu, wszak rześkie górskie powietrze to doskonałe lekarstwo. 
Wyruszam ok. 8 rano, nie mając pomysłu na to, jak dostać się na szlak. Nie mam ze sobą nawet przewodnika, nie licząc kilku skserowanych kartek. Oczywiście przed wyjazdem czytałam o Kirgistanie, co się tylko przeczytać dało, od Kapuścińskiego przez Sowietstany, na blogach podróżniczych skończywszy. I ułożyłam orientacyjny plan podróży, obiecując sobie solennie, że się doń jakoś specjalnie nie będę przywiązywać. Trzy tygodnie na tak niewielki kraj to nie jest mało, choć naturalnie nie wystarczy, by wszystko zobaczyć i wszędzie być. Ale wcale nie mam takich ambicji. Na razie chciałabym tylko jakoś dotrzeć do parku Ała-Arcza, kilkadziesiąt kilometrów od Biszkeku. W Kirgistanie problemy na szczęście rozwiązują się same.

Jadę do Kirgistanu!!

Dlaczego Kirgistan?
Nie pamiętam już dokładnie, jak narodziła się myśl, by jechać do Kirgistanu. Wiem jedynie, że gdzieś w sieci natrafiłam na zdjęcia kirgiskich gór i …przepadłam z kretesem. Niewiele o tym kraju wówczas wiedziałam, nic właściwie, poza tym, że to dawna radziecka republika leżąca gdzieś w głębokiej Azji. Decyzję podjęłam natychmiast, a szybki risercz, potwierdzający możliwość wjazdu bez wizy i meldunku (którego wymagają choćby władze pobliskiego Uzbekistanu) tylko mnie w słuszności tej decyzji utwierdził. Od początku wiedziałam też, że jadę sama, choć słysząc to ludzie pukali się w czoło, bezskutecznie apelowali do mego zdrowego rozsądku, a w najlepszym razie poprzestawali na niedowierzającym zdziwieniu. „Przecież to dzikusy. I do tego Muzułmanie. Życie Pani niemiłe?” – burknął do mnie antypatyczny sprzedawca na krakowskim bazarze. Kupiłam u niego gaz pieprzowy i, szczerze mówiąc, po tej odzywce miałam ochotę sprawdzić, czy aby na pewno działa. Zresztą, wielokrotnie się potem przekonam, że Kirgizi to naród nie tylko niewiarygodnie wprost gościnny, ale pod wieloma względami daleko bardziej cywilizowany od naszego.

Między krzykiem a modlitwą. O czarnobylskim reportażu Swietłany Aleksijewicz

Nic pani nie powiedziałem, tylko strzępki” – mówi jeden z bohaterów Czarnobylskiej modlitwy. I taka jest ta książka: to zbiór strzępków myśli, z których Swietłana Aleksijewicz utkała przejmującą, wielogłosową opowieść. Opowieść tych, którzy przeżyli katastrofę jądrową z 1986 roku: mieszkańców strefy, likwidatorów, przedstawicieli ówczesnej władzy. Ich urywane, czasem brzmiące niewiarygodnie, niekiedy pozbawione sensu zdania, pełne są silnych, na ogół nietłumionych emocji - rozpiętych między krzykiem rozpaczy a intymną modlitwą[1], między patosem a czarnym humorem.