Wyspa Olchon. Syberia w pojedynkę cz.2



Po intensywnej marszrucie wzdłuż i wszerz Irkucka wybrałam się na wyspę Olchon - największą, obok Listwianki, sąsiadującej ze stolicą niemal o miedzę (bo czymże na tak rozległym obszarze jest 70 km!) atrakcję turystyczną nad Bajkałem. Zwykle nie ciągnie mnie tam, gdzie pędzą wszyscy, miałam jednak ambitny plan, by dostać się wodolotem z Olchonu na półwysep Święty Nos - bo tam akurat nie ciągnie niemal nikogo. Okazało się jednak, że i te plany musiałam zrewidować, nic bowiem, wbrew informacjom z mojego przewodnika, na półwysep, ani nawet na pobliską osadę Ust Barguzin, nie odpływa. Ostatecznie więc, jak wszyscy turyści wylądowałam w Chużyrze (w centralnym punkcie wyspy, a zarazem ostatnim, do którego dojeżdżają marszrutki) i jak wszyscy udałam się na spotkanie ze Skałą Szamanką. Inaczej jednak niż wszyscy przespacerowałam się wpierw po wiosce. Z uwagi na fakt, że turystyczna gawiedź tłumnie gromadzi się przy wspomnianej skale i wyleguje na okolicznych plażach, owa wieś, nawet przy głównej ulicy z ustawionymi wzdłuż niej domami, wyglądała na opustoszałą, przypominając bardziej jakąś zapadłą dziurę na Dzikim Zachodzie niż turystyczne centrum wyspy. 

Irkuckie impresje. Syberia w pojedynkę cz.1



Gdy dwa lata temu wróciłam z Kirgistanu, wiedziałam, że kolejna wyprawa także obierze kierunek na Wschód. Planowałam Kazachstan, ba, kupiłam nawet bilety na zeszłoroczne wakacje, niestety obowiązki zawodowe zrewidowały te plany i ostatecznie musiałam obejść się smakiem. Do Kazachstanu pewnie się jeszcze kiedyś wybiorę, w tym roku jednak zamarzył mi się nieco inny rejon. Syberia, bo o niej mowa, na ogół nie wywołuje pozytywnych skojarzeń – kto normalny za cel wakacyjnej wycieczki wybiera teren kojarzony z katorgą na łagrach, zsyłkami dekabrystów i przeszywającym zimnem? O dziwo, takich wariatów jest coraz więcej. Może dlatego, że Syberia, która zdecydowanie zasługuje na to, by odczarować ją z tych negatywnych konotacji, to przede wszystkim teren dziewiczej przyrody, wciąż jeszcze nieskażonej turystyką, i serdecznych, gościnnych ludzi. Tak przynajmniej donoszą przewodniki i poświęcone tej krainie całkiem liczne książki reporterskie czy blogi. Postanowiłam jednak przekonać się o tym osobiście. Któregoś zimowego wieczoru, szukając sposobu na chandrę, zakupiłam  bilety na trasę Warszawa-Moskwa-Irkuck i tak oto powstał plan kolejnej samotnej wakacyjnej wyprawy; plan, który tym razem musiał się ziścić.
Co prawda w międzyczasie Ural Airlines odwołało mi loty do Moskwy i musiałam skorzystać z oferty polskich linii lotniczych, co oznaczało transfer z jednego lotniska na drugi, odległy odeń o, bagatela, 85 kilometrów, ale ostatecznie po dobie w podróży i z dokuczliwymi objawami jet laga, wylądowałam w stolicy Syberii Wschodniej.

Barani mózg i inne delikatesy, czyli wegetarianka na tradycyjnej uczcie kirgiskiej. Jezioro Song-kul cz.2


 Nie zwiedzam lądów ani mórz, ale ludzi.
Zwłaszcza, jeśli tkwi w nich bolesna opowieść, która się nie może wydobyć”
(Henryk Grynberg )

Nie będzie przesadą, jeśli przyznam, że wszystko niemal, co mnie spotykało w Kirgistanie, wszystko, czego tam doświadczyłam, działo się z powodu i dzięki spotykanym ludziom. I gdyby nie oni, nie miałabym właściwie o czym pisać. Tj. mogłabym silić się na nieudolne opisy piękna przyrody – tylko po co, skoro same zdjęcia mówią więcej i piękniej? Mogłabym też sporządzić suchą relację, opisując krok po kroku odwiedzane miejsca, informując o cenach, transportach i innych użytecznych ciekawostkach. Mogłabym, ale czy przewodniki nie robią tego dokładniej i lepiej? Jeśli więc, myślę sobie, warto te podróże spisywać, to właśnie dla tych ludzi, dla tych spotkań.
Dlatego też, kiedy dowiedziałam się, że gospodarze odprawili z kwitkiem mojego kierowcę, zmuszając mnie, bym została gościem na prawdziwej kirgiskiej uczcie, specjalnie nie rozpaczałam. A mówiąc między nami, byłam wniebowzięta. Zwłaszcza, że dobrze mi było wśród tych cudownie zielonych pól, surowych gór i okrutnie zimnego jeziora.



Pejzaż (prawie) bez człowieka, czyli jezioro Song-kul i niemal metafizyczne milczenie przyrody

Dzięki życzliwości autochtonów i niesamowitemu szczęściu, jakie nie opuszczało mnie przez całe trzy tygodnie pobytu w Kirgistanie, spędziłam kilka dni w jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie dane mi było dotąd doświadczyć. Pięknym jednak nie z uwagi na zapierającą dech przyrodę, bajeczne krajobrazy, dziką roślinność czy olśniewające panoramy. Okolice jeziora Song-kul, bo o nich mowa, nie mają w sobie nic z malowniczości. To piękno surowe, „rustykalne”, choć pozbawione grozy majestatu, którą odczuwa się niejednokrotnie w kirgiskich górach. To piękno bezkresnej zieleni, na tle której nagle dostrzeżony samochód znanej firmy przewozowej wydaje się bezwstydnym natrętem, zaburzającym niepodważalne dekorum. To wreszcie piękno, które tworzą koegzystujące w doskonałej symbiozie pustka i cisza, duet idealny choćby dlatego, że niezakłócony dość liczną obecnością zwierząt, a przede wszystkim niemal pozbawiony człowieka. Jakiż to zdumiewający paradoks, że dzięki wspaniałym ludziom znalazłam się w miejscu, w którym najbardziej mogłam docenić ludzką nieobecność. I poczuć się choć przez chwilę (wybaczcie proszę ten patos) naprawdę wolną.

Ale po kolei.

O porwaniach kobiet w Kirgistanie i trudzie ich życia na wsi, czyli mój ostatni dzień nad jeziorem Issyk-kul

Kirgizi, zwłaszcza na wsiach, nie pławią się w luksusach, żyją niezwykle skromnie – bez podstawowych dla nas umilaczy czasu w rodzaju elektroniki, książek czy zabawek, właściwie też bez mebli, nie licząc skrzyni z ręcznie wyszywanymi patchowrkowymi kołdrami, materacami i chustami (otrzymywanymi zwykle w posagu), dywanu na ścianie oraz kredensu w kuchni. A jednak gościnność i hojność są tu wręcz odwrotnie proporcjonalne do posiadanych bogactw. I towarzyszy im zdecydowanie większa radość z tego co mają, choć z naszej perspektywy mogłoby się wydawać, że nie mają nic.
Przez te 10 dni zdążyłam się już przyzwyczaić do rustykalnych wnętrz, braku wygód choćby w postaci normalnej (a często jakiejkolwiek) łazienki, do spania na podłodze i jedzenia twardego jak kamień chleba. Stać mnie było zresztą na hostel, chciałam jednak poznać życie autochtonów, doświadczyć go odrobinę na własnej skórze, a nie tylko oglądać z bezpiecznych turystycznych pozycji.

O kawie i liczydłach w mieście pełnym absurdów oraz o tym, jak szukając jeziora Issyk-Kul zostałam buszującą w kirgiskim zbożu

Karakoł [Przewalsk] to największe miasto nad jeziorem Issyl-kul, choć wygląda właściwie jak taka trochę większa wieś. Doskonale się jednak sprawdza jako baza wypadowa w okoliczne góry - czego dowodzą zastępy przyjeżdżających tam turystów. Samo miasteczko, zlokalizowane wokół bazaru, od którego odchodzi kilka krzyżujących się uliczek z budynkami o niskiej, barakopodobnej zabudowie, nie prezentuje się jakoś szczególnie okazale. Ale jest tam rzecz w całym kraju niespotykana, wyjątkowa do tego stopnia, że piszą o niej nawet w przewodnikach. To  Karakol Coffee – wydawałoby się, normalna kawiarnia, serwują tam jednak … kawę z ekspresu! I ten drobny z pozoru detal czyni to miejsce niezwykłym, przynajmniej na skalę kraju. Zupełnie ponad tutejszą skalę jest też cena tej kawy – całe 100 som, czyli mniej więcej tyle, co w Polsce. Czy jest to rozpusta grzechu warta, niestety nie wiem. Legendarną kawiarnię co prawda znajduję, a nawet tam wchodzę, śliniąc się na samą myśl o małej filiżance boskiego, esencjonalnego napoju bogów (miast serwowanej tu na ogół, barwionej na czarno wody). Niestety akurat tego dnia nie ma prądu, muszę więc obejść się smakiem. Licząc na cud, czekam jeszcze cierpliwie pół godziny, a potem drugie tyle już z niemałą irytacją i coraz mniejszą wiarą w boską opatrzność. Pani za barem, w odpowiedzi na moje rozpaczliwe spojrzenia tylko bezradnie rozkłada ręce. Ostatecznie, nie widząc szans na rychłą poprawę sytuacji, rozczarowana i niepocieszona idę dalej.

O dojeniu kobyły, masażu gorącymi kamieniami i rajskich widokach w górskim Dżentiguz, czyli jak zostałam (na chwilę) kuracjuszką w Kirgistanie


Nie można być przez 3 tygodnie niestrudzoną backpackerką. To znaczy można, ale gdy walczysz z anginą i zakwasami, każdy ruch głową wywołuje na twej twarzy niedający się skontrolować grymas, a bąble na piętach pozwalają chodzić tylko w japonkach – jest to wyzwanie nie lada. Dlatego po kilku dniach wspaniałej, pełnej wrażeń, ale też męczącej podróży wokół jeziora Issyk-kul, postanawiam choć na chwilę stać się klasyczną kuracjuszką i korzystać z dobrodziejstw okolicznej przyrody w nieco inny sposób. W Dżentiguz, 10 kilometrów od miasteczka o tej samej nazwie (dojazd tylko taksówką, najlepiej dzieloną, z miejscowymi – koszt ok. 3 zł) mieści się urokliwy kurort, słynny ze względu na malownicze skały przypominające ponoć 7 byków (stąd też jego nazwa). Miejscowi przyjeżdżają tu zazwyczaj, by wylegiwać się w basenie, piknikować i spacerować po okolicy. Dla turystów z zagranicy to na ogół punkt wypadowy na porządny, kilkudniowy trekking. Kiedy układałam program podróży miałam naturalnie ambicje dołączyć do tej drugiej grupy, jednak do kurortu wjeżdżam wyzbyta już jakichkolwiek złudzeń.