Republika Buriacji. Syberia w pojedynkę cz. 4


Plany dobrze mieć, choć czasem nic z nich nie wychodzi. Tak było również tym razem. Przyjechałam do Sludianki wczesnym wieczorem, zaliczywszy jeszcze co najmniej 1,5-godzinny spacer po jej  odległych dzielnicach. Wciąż zapominam, że miasta na Syberii, choćby małego, nie da się tak łatwo przejść, ba, nierzadko trawers przez byle wioskę zajmuje z godzinę lub dłużej. Do dworca, nota bene głównej atrakcji, jeśli chodzi o zabytki Sludzianki (to jedyny budynek zbudowany całkowicie z marmuru), dotarłam już tak wymęczona, że sił starczyło mi tylko na zwiedzenie niewielkiego "centrum" z opustoszałym już wówczas rynkiem.


Arszan i Dolina Tunkińska. Syberia w pojedynkę cz. 3


Ten dzień nie zapowiadał się dobrze. Poranek w Irkucku przywitał mnie ulewnym deszczem. Czekałam, aż choć trochę ustanie i to był błąd, bo w efekcie spóźniłam się na pociąg do Sludianki. Podróż elektriczką trwa 3,5 godziny, ale wiedzie przez piękne tereny, jest więc na co popatrzeć. Zmuszona byłam jednak łapać marszrutkę, która co prawda jeździ szybciej, ale jak to zwykle bywa na Wschodzie, trzeba czekać, aż się zapełni. Tym razem trwało to z grubsza godzinę, do samej Sludianki jednak nie dojechałam, wysiadłam w Kułtuku, przeszłam przez tą całkiem malowniczo położoną wieś, a tam złapałam stopa do Arszanu, uzdrowiska leżącego już w Dolinie Tunkińskiej, w bliskim sąsiedztwie z Mongolią. 

Wyspa Olchon. Syberia w pojedynkę cz.2



Po intensywnej marszrucie wzdłuż i wszerz Irkucka wybrałam się na wyspę Olchon - największą, obok Listwianki, sąsiadującej ze stolicą niemal o miedzę (bo czymże na tak rozległym obszarze jest 70 km!) atrakcję turystyczną nad Bajkałem. Zwykle nie ciągnie mnie tam, gdzie pędzą wszyscy, miałam jednak ambitny plan, by dostać się wodolotem z Olchonu na półwysep Święty Nos - bo tam akurat nie ciągnie niemal nikogo. Okazało się jednak, że i te plany musiałam zrewidować, nic bowiem, wbrew informacjom z mojego przewodnika, na półwysep, ani nawet na pobliską osadę Ust Barguzin, nie odpływa. Ostatecznie więc, jak wszyscy turyści wylądowałam w Chużyrze (w centralnym punkcie wyspy, a zarazem ostatnim, do którego dojeżdżają marszrutki) i jak wszyscy udałam się na spotkanie ze Skałą Szamanką. Inaczej jednak niż wszyscy przespacerowałam się wpierw po wiosce. Z uwagi na fakt, że turystyczna gawiedź tłumnie gromadzi się przy wspomnianej skale i wyleguje na okolicznych plażach, owa wieś, nawet przy głównej ulicy z ustawionymi wzdłuż niej domami, wyglądała na opustoszałą, przypominając bardziej jakąś zapadłą dziurę na Dzikim Zachodzie niż turystyczne centrum wyspy. 

Irkuckie impresje. Syberia w pojedynkę cz.1



Gdy dwa lata temu wróciłam z Kirgistanu, wiedziałam, że kolejna wyprawa także obierze kierunek na Wschód. Planowałam Kazachstan, ba, kupiłam nawet bilety na zeszłoroczne wakacje, niestety obowiązki zawodowe zrewidowały te plany i ostatecznie musiałam obejść się smakiem. Do Kazachstanu pewnie się jeszcze kiedyś wybiorę, w tym roku jednak zamarzył mi się nieco inny rejon. Syberia, bo o niej mowa, na ogół nie wywołuje pozytywnych skojarzeń – kto normalny za cel wakacyjnej wycieczki wybiera teren kojarzony z katorgą na łagrach, zsyłkami dekabrystów i przeszywającym zimnem? O dziwo, takich wariatów jest coraz więcej. Może dlatego, że Syberia, która zdecydowanie zasługuje na to, by odczarować ją z tych negatywnych konotacji, to przede wszystkim teren dziewiczej przyrody, wciąż jeszcze nieskażonej turystyką, i serdecznych, gościnnych ludzi. Tak przynajmniej donoszą przewodniki i poświęcone tej krainie całkiem liczne książki reporterskie czy blogi. Postanowiłam jednak przekonać się o tym osobiście. Któregoś zimowego wieczoru, szukając sposobu na chandrę, zakupiłam  bilety na trasę Warszawa-Moskwa-Irkuck i tak oto powstał plan kolejnej samotnej wakacyjnej wyprawy; plan, który tym razem musiał się ziścić.
Co prawda w międzyczasie Ural Airlines odwołało mi loty do Moskwy i musiałam skorzystać z oferty polskich linii lotniczych, co oznaczało transfer z jednego lotniska na drugi, odległy odeń o, bagatela, 85 kilometrów, ale ostatecznie po dobie w podróży i z dokuczliwymi objawami jet laga, wylądowałam w stolicy Syberii Wschodniej.

Barani mózg i inne delikatesy, czyli wegetarianka na tradycyjnej uczcie kirgiskiej. Jezioro Song-kul cz.2


 Nie zwiedzam lądów ani mórz, ale ludzi.
Zwłaszcza, jeśli tkwi w nich bolesna opowieść, która się nie może wydobyć”
(Henryk Grynberg )

Nie będzie przesadą, jeśli przyznam, że wszystko niemal, co mnie spotykało w Kirgistanie, wszystko, czego tam doświadczyłam, działo się z powodu i dzięki spotykanym ludziom. I gdyby nie oni, nie miałabym właściwie o czym pisać. Tj. mogłabym silić się na nieudolne opisy piękna przyrody – tylko po co, skoro same zdjęcia mówią więcej i piękniej? Mogłabym też sporządzić suchą relację, opisując krok po kroku odwiedzane miejsca, informując o cenach, transportach i innych użytecznych ciekawostkach. Mogłabym, ale czy przewodniki nie robią tego dokładniej i lepiej? Jeśli więc, myślę sobie, warto te podróże spisywać, to właśnie dla tych ludzi, dla tych spotkań.
Dlatego też, kiedy dowiedziałam się, że gospodarze odprawili z kwitkiem mojego kierowcę, zmuszając mnie, bym została gościem na prawdziwej kirgiskiej uczcie, specjalnie nie rozpaczałam. A mówiąc między nami, byłam wniebowzięta. Zwłaszcza, że dobrze mi było wśród tych cudownie zielonych pól, surowych gór i okrutnie zimnego jeziora.



Pejzaż (prawie) bez człowieka, czyli jezioro Song-kul i niemal metafizyczne milczenie przyrody

Dzięki życzliwości autochtonów i niesamowitemu szczęściu, jakie nie opuszczało mnie przez całe trzy tygodnie pobytu w Kirgistanie, spędziłam kilka dni w jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie dane mi było dotąd doświadczyć. Pięknym jednak nie z uwagi na zapierającą dech przyrodę, bajeczne krajobrazy, dziką roślinność czy olśniewające panoramy. Okolice jeziora Song-kul, bo o nich mowa, nie mają w sobie nic z malowniczości. To piękno surowe, „rustykalne”, choć pozbawione grozy majestatu, którą odczuwa się niejednokrotnie w kirgiskich górach. To piękno bezkresnej zieleni, na tle której nagle dostrzeżony samochód znanej firmy przewozowej wydaje się bezwstydnym natrętem, zaburzającym niepodważalne dekorum. To wreszcie piękno, które tworzą koegzystujące w doskonałej symbiozie pustka i cisza, duet idealny choćby dlatego, że niezakłócony dość liczną obecnością zwierząt, a przede wszystkim niemal pozbawiony człowieka. Jakiż to zdumiewający paradoks, że dzięki wspaniałym ludziom znalazłam się w miejscu, w którym najbardziej mogłam docenić ludzką nieobecność. I poczuć się choć przez chwilę (wybaczcie proszę ten patos) naprawdę wolną.

Ale po kolei.

O porwaniach kobiet w Kirgistanie i trudzie ich życia na wsi, czyli mój ostatni dzień nad jeziorem Issyk-kul

Kirgizi, zwłaszcza na wsiach, nie pławią się w luksusach, żyją niezwykle skromnie – bez podstawowych dla nas umilaczy czasu w rodzaju elektroniki, książek czy zabawek, właściwie też bez mebli, nie licząc skrzyni z ręcznie wyszywanymi patchowrkowymi kołdrami, materacami i chustami (otrzymywanymi zwykle w posagu), dywanu na ścianie oraz kredensu w kuchni. A jednak gościnność i hojność są tu wręcz odwrotnie proporcjonalne do posiadanych bogactw. I towarzyszy im zdecydowanie większa radość z tego co mają, choć z naszej perspektywy mogłoby się wydawać, że nie mają nic.
Przez te 10 dni zdążyłam się już przyzwyczaić do rustykalnych wnętrz, braku wygód choćby w postaci normalnej (a często jakiejkolwiek) łazienki, do spania na podłodze i jedzenia twardego jak kamień chleba. Stać mnie było zresztą na hostel, chciałam jednak poznać życie autochtonów, doświadczyć go odrobinę na własnej skórze, a nie tylko oglądać z bezpiecznych turystycznych pozycji.