O kawie i liczydłach w mieście pełnym absurdów oraz o tym, jak szukając jeziora Issyk-Kul zostałam buszującą w kirgiskim zbożu

Karakoł [Przewalsk] to największe miasto nad jeziorem Issyl-kul, choć wygląda właściwie jak taka trochę większa wieś. Doskonale się jednak sprawdza jako baza wypadowa w okoliczne góry - czego dowodzą zastępy przyjeżdżających tam turystów. Samo miasteczko, zlokalizowane wokół bazaru, od którego odchodzi kilka krzyżujących się uliczek z budynkami o niskiej, barakopodobnej zabudowie, nie prezentuje się jakoś szczególnie okazale. Ale jest tam rzecz w całym kraju niespotykana, wyjątkowa do tego stopnia, że piszą o niej nawet w przewodnikach. To  Karakol Coffee – wydawałoby się, normalna kawiarnia, serwują tam jednak … kawę z ekspresu! I ten drobny z pozoru detal czyni to miejsce niezwykłym, przynajmniej na skalę kraju. Zupełnie ponad tutejszą skalę jest też cena tej kawy – całe 100 som, czyli mniej więcej tyle, co w Polsce. Czy jest to rozpusta grzechu warta, niestety nie wiem. Legendarną kawiarnię co prawda znajduję, a nawet tam wchodzę, śliniąc się na samą myśl o małej filiżance boskiego, esencjonalnego napoju bogów (miast serwowanej tu na ogół, barwionej na czarno wody). Niestety akurat tego dnia nie ma prądu, muszę więc obejść się smakiem. Licząc na cud, czekam jeszcze cierpliwie pół godziny, a potem drugie tyle już z niemałą irytacją i coraz mniejszą wiarą w boską opatrzność. Pani za barem, w odpowiedzi na moje rozpaczliwe spojrzenia tylko bezradnie rozkłada ręce. Ostatecznie, nie widząc szans na rychłą poprawę sytuacji, rozczarowana i niepocieszona idę dalej.

O dojeniu kobyły, masażu gorącymi kamieniami i rajskich widokach w górskim Dżentiguz, czyli jak zostałam (na chwilę) kuracjuszką w Kirgistanie


Nie można być przez 3 tygodnie niestrudzoną backpackerką. To znaczy można, ale gdy walczysz z anginą i zakwasami, każdy ruch głową wywołuje na twej twarzy niedający się skontrolować grymas, a bąble na piętach pozwalają chodzić tylko w japonkach – jest to wyzwanie nie lada. Dlatego po kilku dniach wspaniałej, pełnej wrażeń, ale też męczącej podróży wokół jeziora Issyk-kul, postanawiam choć na chwilę stać się klasyczną kuracjuszką i korzystać z dobrodziejstw okolicznej przyrody w nieco inny sposób. W Dżentiguz, 10 kilometrów od miasteczka o tej samej nazwie (dojazd tylko taksówką, najlepiej dzieloną, z miejscowymi – koszt ok. 3 zł) mieści się urokliwy kurort, słynny ze względu na malownicze skały przypominające ponoć 7 byków (stąd też jego nazwa). Miejscowi przyjeżdżają tu zazwyczaj, by wylegiwać się w basenie, piknikować i spacerować po okolicy. Dla turystów z zagranicy to na ogół punkt wypadowy na porządny, kilkudniowy trekking. Kiedy układałam program podróży miałam naturalnie ambicje dołączyć do tej drugiej grupy, jednak do kurortu wjeżdżam wyzbyta już jakichkolwiek złudzeń.

O kulinarnych zwyczajach w Kirgistanie, jeździe w bagażniku oraz o pomnikach Gagarina, kopalni złota i pięknych krajobrazach w wąwozie Barskoon


Barskoon to malownicze miejsce leżące nieopodal południowego wybrzeża jeziora Issyk-Kul. Nic o nim nie wiem, poza tym, że mieści sławny ponoć wodospad i nie mniej sławny pomnik Gagarina (a ściślej mówiąc dwa). Postanawiam tam jednak pojechać, choć łatwe to wcale nie jest. Marszrutka zawozi mnie co prawda do wsi o tej samej nazwie, ale do wodospadu jeszcze szmat drogi. Tak w każdym razie twierdzi pewien staruszek w kołpaku i z iście kozią siwą brodą, który chwilę później zgarnia mnie z szosy. Dziadek trudni się rozwożeniem po okolicy kumysu – lekko sfermentowanego kobylego mleka, które (w co Kirgizi święcie wierzą) gwarantuje długowieczność. W tej kwestii własnej opinii rzecz jasna, nie posiadam, z całą pewnością jednak mogę stwierdzić, że ów około 2-procentowy trunek gwarantuje…. rozwolnienie. Pić go należy więc z umiarem, co akurat – zważywszy na niezbyt pociągające walory smakowe – nie powinno stanowić większego problemu. Mój kierowca wspaniałomyślnie oferuje mi butelkę tego tradycyjnego narodowego „przysmaku”. Odmawiam jednak - czeka mnie jeszcze kilkukilometrowa wędrówka, a noszony na grzbiecie plecak już i tak wystarczająco ciąży memu schorowanemu ciału. Jeździmy po wiosce dobre pół godziny, ani na jotę nie zbliżając się do celu. Moje pytania staruszek zbywa jedynie dziwnym, choć wymownym uśmiechem, obnażając przy tym swe dwa majestatyczne złote implanty, które starczają mu za całe uzębienie. W końcu, mimo protestów staruszka, wysiadam – mam nieodparte wyrażenie, że szybciej dojdę piechotą.

O niezwykłej kirgiskiej gościnności, pierwszym noclegu w jurcie i spotkaniu prawdziwego Włóczykija. Kanion Skazka i plaża w Kadżysaju, czyli ekskursja wokół jeziora Issyk-kul cz. 2


„Nigdzie gościnność taka, jak u Polaka”, mówi pewne stare i słusznie dziś zapomniane przysłowie. Każdy bowiem, kto choćby na chwilę zawitał w Gruzji czy Armenii mógł się szybko przekonać, że niczym jest nasza przysłowiowa gościnność wobec tych gestów szczodrości, z jakimi spotykają się turyści na Zakaukaziu. Wydawać by się mogło, że bardziej się nie da. A jednak. Kirgistan zaskakiwał mnie wiele razy, na różny sposób. Ale najbardziej podczas tego trzytygodniowego pobytu zaskoczyła mnie niewyobrażalna wprost gościnność i (nie)zwykła ludzka serdeczność, z jaką witali mnie napotykani po drodze ludzie. Samotnie podróżująca kobieta to w tym kraju nie tak często spotykany widok, wzbudzałam więc z pewnością większe zainteresowanie niż przeciętny turysta.  Tym bardziej jeszcze, że nie woziłam się taksówkami i nie spałam w luksusowych hotelach ani nawet w średniej klasy pensjonatach. Ale też z tego powodu byłam łatwym celem dla potencjalnych oszustów, gwałcicieli i innych typów spod ciemnej gwiazdy, którymi straszono mnie naokoło. Może miałam niewyobrażalne szczęście, a może Kirgizi są jeszcze niezepsuci przez turystów i ich wypchane „sakiewki”? Na mnie w każdym razie niemal nikt nie chciał zarobić, choć wielu miało okazję. Na każdym kroku natomiast spotykałam się z autentyczną, choć czasem uciążliwą troską i bezinteresowną życzliwością okazywaną mi przez młodych i starych, mężczyzn, kobiety, a nawet – tak! – dzieci!

O pięknym jeziorze Issyk-Kul, niepięknej plaży w Bałykczy oraz czarnej glinie nad słonym Kara-Kolem


Kirgistan to prawdziwa mekka dla miłośników gór: czy to niedzielny spacerowicz, amator kilkudniowych trekkingów, czy też rasowy alpinista – każdy znajdzie tu coś dla siebie. Nie mają natomiast czego szukać w tym kraju koczowników pasjonaci zabytkowej architektury i miejskiego rozgardiaszu. No, chyba że lubują się w sowieckich budowlach i lokalnych bazarach – ale nie one z całą pewnością stanowią o walorach tego środkowoazjatyckiego państwa. Kirgistan kradnie serca turystów swymi cudownymi wysokogórskimi pejzażami, ale też…imponującym słonawym jeziorem Issyk-Kul – długim na 180 i szerokim na 60 kilometrów! To wielkie (drugie pod tym względem na świecie), cudownie turkusowe i ciepłe jezioro, bajecznie położone w otoczeniu cztero- i pięciotysięczników Tienszanu, jest prawdziwą chlubą miejscowych. Kirgizi po górach nie chodzą, w każdym razie nie dla przyjemności. Bo jeśli mają urlop, jadą na Issyk-kul: całymi rodzinami, z grupą przyjaciół lub w pojedynkę. Śpią w jurtach, prywatnych kwaterach, a co zamożniejsi – w hotelach i pensjonatach. Spotkany w Kirgistanie turysta, po obowiązkowych pytaniach o dzieci, stan cywilny i religię, usłyszy na pewno powtarzane jak mantrę przez lokalsów: „A w Issyk-kul był(a)”? Obowiązkowy coroczny pobyt nad tym wielkim jeziorem nie oznacza jednak, że Kirgizi Issyk-kul znają. Gros lokalnych turystów wybiera bowiem przede wszystkim północną część wybrzeża i na ogół jest to najmniej atrakcyjna, choć z jakichś niezrozumiałych powodów niezwykle popularna (a przez to też niesłychanie, jak na ten kraj, droga) Czołponata – wylęgarnia naciągaczy wszelkiego autoramentu i wielki jarmark egzotycznej tandety.

O kirgiskim stosunku do czasu, arbuzach i kumysie oraz o tym, jak nie zdobyłam Uczitiela

Kirgizi nie lubią się spieszyć. Pośpiech, można by rzec, nie leży w ich naturze, jest zaprzeczeniem celebracji, z jaką podchodzą nie tylko do jedzenia, ale też do codziennych, rutynowych czynności. Dlatego, słysząc: „nie mam czasu” czy „muszę już iść”, reagują na ogół niedowierzaniem lub zdumieniem. I dlatego też w ich wokabularzu „zaraz” jest słowem o dość pojemnej treści i oznacza na ogół bliżej nieokreśloną przyszłość. Powinnam się była tego nauczyć już dawno, podróżując choćby po Gruzji czy Armenii. „Zaraz pojedziemy” – słyszałam nieraz od podwożących mnie kierowców, gdy zatrzymywaliśmy się po drodze na czaj. I czaj owszem, był, tyle że po nim następowało na ogół wino, długie toasty i sowity poczęstunek. Kirgizi nie wygłaszają takich elaboratów, pijąc alkohol, ale podejście do czasu mają podobne.
„Zaraz pojedziemy” –  słyszę od Asima wczesnym rankiem, gdy tylko wychylam głowę z sypialni. Zależy mi naturalnie, by jak najszybciej ruszyć w powrotną drogę do Alpłagru. Nie mam jednak najmniejszej ochoty po raz kolejny przechodzić tą nudną, 12-kilometrową drogę. Asim obiecuje, że zawiezie mnie pod samą bramę. I słowa dotrzyma, ale nim to nastąpi, siedzę jak głupia na ganku i czekam niczym na boże zmiłowanie. „Nie ma co się spieszyć – słyszę tylko – siedź, pij czaj, odpoczywaj. Zrezygnowana uśmiecham się więc miło do kolejnych sąsiadów, którzy wpadają na filiżankę herbaty i wyjadam gruszki z sadu Asima, starając się nie zerkać w miejsce wczorajszej rzezi. Po koniu nie ma już śladu – tylko na gałęzi, niczym trofeum, wisi kawałek zwierzęcej skóry

O zabitym koniu, sadzie pełnym marihuany i o tym, że to Kirgizi wynaleźli rap. Albo jak nie doszłam do parku Ała-Arcza

Pomysł, by iść w góry zaraz następnego dnia po przyjeździe do Kirgistanu, w dodatku w połowie terapii antybiotykowej, zdecydowanie nie należał do najmądrzejszych. Jednak czułam się już całkiem dobrze, naiwnie uznałam więc, że dalej truć się nie ma sensu, wszak rześkie górskie powietrze to doskonałe lekarstwo. 
Wyruszam ok. 8 rano, nie mając pomysłu na to, jak dostać się na szlak. Nie mam ze sobą nawet przewodnika, nie licząc kilku skserowanych kartek. Oczywiście przed wyjazdem czytałam o Kirgistanie, co się tylko przeczytać dało, od Kapuścińskiego przez Sowietstany, na blogach podróżniczych skończywszy. I ułożyłam orientacyjny plan podróży, obiecując sobie solennie, że się doń jakoś specjalnie nie będę przywiązywać. Trzy tygodnie na tak niewielki kraj to nie jest mało, choć naturalnie nie wystarczy, by wszystko zobaczyć i wszędzie być. Ale wcale nie mam takich ambicji. Na razie chciałabym tylko jakoś dotrzeć do parku Ała-Arcza, kilkadziesiąt kilometrów od Biszkeku. W Kirgistanie problemy na szczęście rozwiązują się same.