Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SYBERIA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą SYBERIA. Pokaż wszystkie posty

Koleją wokół Bajkału na pożegnanie Syberii


Zgodnie z planem wyruszyłam wcześnie rano i już po niespełna czterech godzinach byłam w Sludiance. Odebrałam moje rzeczy, po czym wsiadłam do pociągu, który przez następne 5 godzin w niespiesznym tempie sunął wzdłuż Bajkału, pozwalając nam podziwiać swoje bezkresne piękno, góry w tle, tunele budowane, jak cała kolej, m.in przez polskich zesłańców w niesłychanie trudnych warunkach, a czasem też modernistyczne budynki stacji. Ta stosunkowo przyjemna podróż, urozmaicana kilkuminutowymi postojami w co ciekawszych stacjach, warta była odbycia choćby ze względów poznawczych, bo same widoki, choć atrakcyjne dla oka, były w sumie dość jednostajne.

O wędrówce we mgle, strachu i ruskiej propagandzie. Chamar Daban i Pik Czerskiego, czyli Syberia w pojedynkę cz. 7


"Góry zdrzemnęły się na moim czole" (E. Cioran)

Myślałam, że dojadę do Sludianki wczesnym rankiem, jednak tym razem złapanie stopa okazało się być zadaniem nieco trudniejszym. W końcu zatrzymała się młoda kobieta, która wcześniej co prawda nie zareagowała na moje machanie, ale zawróciła uznawszy, że w tym miejscu stojąc, jestem właściwie bez szans. Ostatecznie w Sludiance byłam dopiero przed 11. Zostawiłam część rzeczy u znajomego Uzbeka, a ów był tak miły, że zawiózł mnie jeszcze pod bramę tutejszego GOPR-u, dzięki czemu zaoszczędziłam jakieś 3 km bezsensownej wędrówki. Moim celem była turbaza ulokowana nieopodal stacji meteorologicznej, skąd rano chciałam wyruszyć na Pik Czerskiego. Przejście tych niespełna 18 kilometrów zajęło mi ok. 5 godzin, z przerwą na posiłek i piwo w turbazie mniej więcej w połowie drogi. Sama trasa do trudnych nie należała, g'woli ścisłości była wręcz banalnie prosta, raczej spacerowa niż wysokogórska, jednak męcząca z uwagi na odległość i monotonne, choć niebrzydkie, krajobrazy.

Ruskie absurdy, ciepłe jeziora nad zimnym Bajkałem oraz piękne widoki, których nie widać, czyli Syberia w pojedynkę, cz. 6


Kolejny dzień nie przyniósł szczególnie ekscytujących wrażeń. Po śniadaniu, pożegnawszy się uprzednio ze Stachem, wróciłam znanym mi już pieszym szlakiem do Monachowa, skąd już bez trudu złapałam auto do Ust-Barguzin. Wiózł mnie tym razem komunista na emeryturze, dawny pracownik parku. Zapytany, jak się żyje na Syberii, odparł, że "dobrze, tylko śniegu dużo".  Po chwili dodał jednak, że nie tak dobrze, jak to bywało za Sowieckiego Sajuza. "Bo wtedy - przekonywał mnie ożywiony nagle staruszek - ludzie byli uczciwi i sprawiedliwi. Ale zło przyszło z Ameryki, a z nim pierestrojka i nawet ryby w Bajkale zaczęły zdychać (!)". Jak na prawdziwego komunistę przystało, dziadzio na koniec zażądał ode mnie pieniędzy za podwózkę - miałam jednak tylko 100 rubli pod ręką, więc się na mnie, biedaczyna, nie wzbogacił. Kolejne 150 kilometrów jechałam z mało na szczęście rozmownym panem, nie musiałam więc po raz kolejny odpowiadać na wciąż te same pytania. Najlepsze było jednak ostatnie 100 kilometrów, które spędziłam w...taksówce.. Tak, to nie pomyłka, na Syberii autostopowiczów zabierają nawet taksówkarze. Czy raczej ich pasażerowie. Mój wypasiony mercedes wiózł dwóch biznesmenów, których zapewne ujęła za serce samotna podróżniczka, nie na tyle jednak, by zabawiać ją jałową konwersacją. Po kurtuazyjnym "skąd jesteś" panowie zajęli się pstrykaniem fotek przez okna samochodu - nie zamieniwszy już ze mną ani słowa. Może odpowiedź nie przypadła im do serca, a może mijane wioski były ciekawsze? Nie wiem, ale jakoś specjalnie nie narzekałam. Fotek co prawda nie robiłam, zajęłam się za to kontemplowaniem dość monotonnego, wiejskiego obrazu za oknem.

Poza głównym szlakiem - Zatoka Barguzińska i Półwysep Święty Nos, czyli Syberia w pojedynkę cz. 5


Półwysep Święty Nos był od początku jednym z absolutnych  must see mojej syberyjskiej wyprawy. Chciałam tam popłynąć z wyspy Olchon, okazało się to niestety niemożliwe. Nie dałam jednak za wygraną, postanawiając dotrzeć do tej dzikiej połaci Syberii drogą lądową. Trasę prowadzącą z Ułan-Ude do Ust Barguzin przejechałam w kilka godzin autostopem, w sumie czterema samochodami. Choć bywały takie momenty, że stałam na drodze przez dobrych kilkanaście minut, nadal uważam, że autostopowanie na Syberii to łatwa sprawa. Najprościej złapać tira czy ciężarówkę, ale i porządne auta się zatrzymują, na ogół z rosyjskimi turystami za kierownicą. Sybiracy z odległych zakątków regionu tłumnie przyjeżdżają nad Bajkał, już jednak Zatokę Barguzińską zwiedzają raczej mieszkańcy stolicy Buriacji i okolic. Tym razem zabrałam się z młodym chłopakiem kształconym w Petersburgu, który wrócił w rodzinne strony, a teraz jechał odwiedzić rodziców; z mężczyzną, który przez 100 km nie odezwał się do mnie ani słowem; z gościem pracującym przy wyrębie lasu, który rozklekotanym jeepem wiózł mnie prawie godzinę  przez ledwie 20 km, strasząc przy tym niedźwiedziami (a potem podarował mi na pocieszenie 1,5 litra soku i kilogram pierników) i wreszcie z wiozącym gruz Buriatą, który z ogromną wesołością niepozbawioną jednak delikatnej nuty pogardy (a może tak mi się tylko wydawało?) reagował na wszystko, co mówiłam, włączając w to cel mojej pajezdki i sposób  podróżowania.

Republika Buriacji. Syberia w pojedynkę cz. 4


Plany dobrze mieć, choć czasem nic z nich nie wychodzi. Tak było również tym razem. Przyjechałam do Sludianki wczesnym wieczorem, zaliczywszy jeszcze co najmniej 1,5-godzinny spacer po jej  odległych dzielnicach. Wciąż zapominam, że miasta na Syberii, choćby małego, nie da się tak łatwo przejść, ba, nierzadko trawers przez byle wioskę zajmuje z godzinę lub dłużej. Do dworca, nota bene głównej atrakcji, jeśli chodzi o zabytki Sludzianki (to jedyny budynek zbudowany całkowicie z marmuru), dotarłam już tak wymęczona, że sił starczyło mi tylko na zwiedzenie niewielkiego "centrum" z opustoszałym już wówczas rynkiem.


Arszan i Dolina Tunkińska. Syberia w pojedynkę cz. 3


Ten dzień nie zapowiadał się dobrze. Poranek w Irkucku przywitał mnie ulewnym deszczem. Czekałam, aż choć trochę ustanie i to był błąd, bo w efekcie spóźniłam się na pociąg do Sludianki. Podróż elektriczką trwa 3,5 godziny, ale wiedzie przez piękne tereny, jest więc na co popatrzeć. Zmuszona byłam jednak łapać marszrutkę, która co prawda jeździ szybciej, ale jak to zwykle bywa na Wschodzie, trzeba czekać, aż się zapełni. Tym razem trwało to z grubsza godzinę, do samej Sludianki jednak nie dojechałam, wysiadłam w Kułtuku, przeszłam przez tą całkiem malowniczo położoną wieś, a tam złapałam stopa do Arszanu, uzdrowiska leżącego już w Dolinie Tunkińskiej, w bliskim sąsiedztwie z Mongolią. 

Wyspa Olchon. Syberia w pojedynkę cz.2



Po intensywnej marszrucie wzdłuż i wszerz Irkucka wybrałam się na wyspę Olchon - największą, obok Listwianki, sąsiadującej ze stolicą niemal o miedzę (bo czymże na tak rozległym obszarze jest 70 km!) atrakcję turystyczną nad Bajkałem. Zwykle nie ciągnie mnie tam, gdzie pędzą wszyscy, miałam jednak ambitny plan, by dostać się wodolotem z Olchonu na półwysep Święty Nos - bo tam akurat nie ciągnie niemal nikogo. Okazało się jednak, że i te plany musiałam zrewidować, nic bowiem, wbrew informacjom z mojego przewodnika, na półwysep, ani nawet na pobliską osadę Ust Barguzin, nie odpływa. Ostatecznie więc, jak wszyscy turyści wylądowałam w Chużyrze (w centralnym punkcie wyspy, a zarazem ostatnim, do którego dojeżdżają marszrutki) i jak wszyscy udałam się na spotkanie ze Skałą Szamanką. Inaczej jednak niż wszyscy przespacerowałam się wpierw po wiosce. Z uwagi na fakt, że turystyczna gawiedź tłumnie gromadzi się przy wspomnianej skale i wyleguje na okolicznych plażach, owa wieś, nawet przy głównej ulicy z ustawionymi wzdłuż niej domami, wyglądała na opustoszałą, przypominając bardziej jakąś zapadłą dziurę na Dzikim Zachodzie niż turystyczne centrum wyspy. 

Irkuckie impresje. Syberia w pojedynkę cz.1



Gdy dwa lata temu wróciłam z Kirgistanu, wiedziałam, że kolejna wyprawa także obierze kierunek na Wschód. Planowałam Kazachstan, ba, kupiłam nawet bilety na zeszłoroczne wakacje, niestety obowiązki zawodowe zrewidowały te plany i ostatecznie musiałam obejść się smakiem. Do Kazachstanu pewnie się jeszcze kiedyś wybiorę, w tym roku jednak zamarzył mi się nieco inny rejon. Syberia, bo o niej mowa, na ogół nie wywołuje pozytywnych skojarzeń – kto normalny za cel wakacyjnej wycieczki wybiera teren kojarzony z katorgą na łagrach, zsyłkami dekabrystów i przeszywającym zimnem? O dziwo, takich wariatów jest coraz więcej. Może dlatego, że Syberia, która zdecydowanie zasługuje na to, by odczarować ją z tych negatywnych konotacji, to przede wszystkim teren dziewiczej przyrody, wciąż jeszcze nieskażonej turystyką, i serdecznych, gościnnych ludzi. Tak przynajmniej donoszą przewodniki i poświęcone tej krainie całkiem liczne książki reporterskie czy blogi. Postanowiłam jednak przekonać się o tym osobiście. Któregoś zimowego wieczoru, szukając sposobu na chandrę, zakupiłam  bilety na trasę Warszawa-Moskwa-Irkuck i tak oto powstał plan kolejnej samotnej wakacyjnej wyprawy; plan, który tym razem musiał się ziścić.
Co prawda w międzyczasie Ural Airlines odwołało mi loty do Moskwy i musiałam skorzystać z oferty polskich linii lotniczych, co oznaczało transfer z jednego lotniska na drugi, odległy odeń o, bagatela, 85 kilometrów, ale ostatecznie po dobie w podróży i z dokuczliwymi objawami jet laga, wylądowałam w stolicy Syberii Wschodniej.