Kolejnego dnia pogoda już dopisuje, wybieramy się więc nad jezioro Rica, uznawane bezsprzecznie za flagową atrakcję Abchazji
- z czego obficie korzystają, bo jakże inaczej, głównie rosyjscy turyści. Ale
oni przynajmniej nie mają problemów z autostopowiczami. Bardzo chętnie też
dzielą się swoimi obserwacjami z abchaskich wczasów. Z poglądami na grząskie
polityczne tematy zresztą także. Trafiają się nam tacy, którzy, podziwiając
uroki tak hojnie ich goszczącej Abchazji nie omieszkają przy tym narzekać na
"serwis" - za materiał porównawczy biorąc choćby pobliskie Soczi.
Inni z nieukrywaną radością opowiadają o odzyskaniu utraconego Krymu - bo
"żal im było wcześniej, że to nie ich". Ale są też i tacy, jak pewien
bezrobotny przedsiębiorca, którzy bez zająknięcia opowiadają o "dyktaturze
Putina". O wojnie abchasko-gruzińskiej i roli Rosji w formowaniu
"niezależnej” Abchazji jakoś nikt mówić nie chce. A i my nie zachęcamy -
bo też co możemy od nich usłyszeć? Znać, że traktują Abchazję z jednej strony
jak ziemię odzyskaną, do której mają pełne prawa, ale z drugiej jak z lekka
upośledzonego sąsiada, którego można traktować z protekcjonalną wyższością. Ale
Abchazowie na szczęście nic sobie z tego nie robią. Nie fetyszyzują turystyki,
nie skaczą wokół klientów. Nie godzą się, jak ktoś powiedział, na wizerunek
narodu kelnerów i pokojówek. Tylko czy dzięki temu oddalają zarzut bycia
„moskiewską marionetką”?
Samo jezioro, cel wszystkich
wycieczek, zahaczających przy tym obowiązkowo o daczę Stalina, i - choć już
rzadziej – o wodospad „Dziewicze łzy” i osobliwy
wiszący most nad rzeką Bzyp, jest owszem piękne, ze swymi górami spadającymi wprost
do wody. A jednak rozczarowuje. Zapewne niemałą rolę odgrywa jego turystyczny
klimat trochę jak z zakopiańskich Krupówek, choć w zdecydowanie mniejszej
skali. Bez żalu zostawiamy ów jarmarczny przybytek i udajemy się w góry, gdzie
wedle mapy znajduje się jeszcze jedno, choć mniejsze, jezioro.
Wypływamy na romantyczną
przejażdżkę rowerem wodnym - czy jakimś jego przedpotopowym odpowiednikiem - i odpoczywamy,
chłonąc piękno krajobrazu. Wreszcie jestem w stanie w
pełni zgodzić się z Czechowem, gdy pisał: „Przyroda tutaj zadziwiająca do
szaleństwa i utraty głowy. Wszystko nowe, bajkowe, zbzikowane i poetyckie. […].
Z każdego miejsca, ze wszystkich cieni i półcieni w górach, z morza i z nieba
wypatrują tysiące tematów. Łajdak jestem, że nie umiem rysować”.
Po powrocie na główny szlak trafimy na masową imprezę zorganizowaną w rocznicę odzyskania niepodległości Abchazji. Prowadzący wygłaszają krótkie przemówienie, dzieląc się radością z odzyskanej wolności i oswobodzenia spod jarzma gruzińskiego okupanta. Brzmi to dość dziwnie, zwłaszcza że cała ta przemowa, poza pierwszymi powitalnymi zdaniami, wygłaszana jest po rosyjsku. Można by się zastanowić, dla kogo, w gruncie rzeczy, jest to przedstawienie?
Na szczęście konferansjerzy
szybko oddają głos muzykom i tancerzom. Mamy więc niecodzienną szansę
zapoznania się z narodowymi pieśniami, instrumentami i tańcami Abchazji. Bardzo
to pouczające, dla ucha też miłe, choć w nadmiarze jednak męczące.
![]() |
fot. G. A. |
Do końca nie
dotrwamy. Chcemy jeszcze choćby rzucić okiem na morze. No bo jakże tak? Mieszkać
w nadmorskim kurorcie i nie widzieć morza? Okazuje się to wcale nie tak
niemożliwe, jak można by przypuszczać. Gdy bowiem w pobliżu naszego uzdrowiska
zaczepiamy jakąś stojącą przed chałupą babuleńkę, pytając o kierunek na plażę –
ta kiwa potakująco głową, wskazując jednocześnie kierunek ręką: Tak, tak -
powiada - to w tamtą stronę. Ja co
prawda nad morzem nigdy nie byłam, ale mieszkam tu i wiem, ze to niedaleko. Ale
idźcie tam jutro, bo dziś już ciemno i nic nie będzie widać - rzuca nam na
odchodne. Nie bierzemy sobie do serca rad babci, co mieszka 500 metrów od
morza, którego nigdy nie widziała. Ani też nie bierzemy z niej przykładu. Bierzemy
za to wino i idziemy "plażować". Co prawda faktycznie nie bardzo
cokolwiek widać, ale szum fal nam dziś w zupełności wystarczy. Ot, taki
romantyczny dzień, a co!
BYŁAM TUTAJ PIĘKNIE JEST
OdpowiedzUsuń