
Zgodnie z planem wyruszyłam wcześnie rano i już po niespełna czterech godzinach byłam w Sludiance. Odebrałam moje rzeczy, po czym wsiadłam do pociągu, który przez następne 5 godzin w niespiesznym tempie sunął wzdłuż Bajkału, pozwalając nam podziwiać swoje bezkresne piękno, góry w tle, tunele budowane, jak cała kolej, m.in przez polskich zesłańców w niesłychanie trudnych warunkach, a czasem też modernistyczne budynki stacji. Ta stosunkowo przyjemna podróż, urozmaicana kilkuminutowymi postojami w co ciekawszych stacjach, warta była odbycia choćby ze względów poznawczych, bo same widoki, choć atrakcyjne dla oka, były w sumie dość jednostajne.
W miejscu docelowym, czyli w
Porcie Bajkał zupełnie nie ma co robić. Można jedynie wdrapać się na punkt widokowy lub
powłóczyć się po sennej wiosce i jej ponurym porcie, wzbudzając żywe zainteresowanie
lokalsów (większość turystów do wioski nie dociera, mimo że ok. 1,5 godziny
trzeba czekać na port do Listiwanki). Ja jednak wybrałam wiochę miast panoramy,
na piękne widoczki już się napatrzyłam, codzienne życie autochtonów wydało mi się dużo bardziej interesujące.
Nie poszłam tam jednak sama. W pociągu
poznałam bowiem Kasię, dziewczynę z Białegostoku, która podobnie jak ja
zostawiła w domu rodzinę, by wyruszyć, w jej przypadku na całej trasie
autostopem, w miesięczną podróż w głąb Rosji. W końcu spotkałam kogoś, kto rozumiał
istotę samotnego podróżowania. Popłynęłyśmy razem do Listwianki, by tam, już
ładnie po zachodzie słońca, rozbić się na dziko nad Bajkałem. Nie miałam
karimaty, skutki leżenia na twardym podłożu boleśnie odczułam, nie mogąc zasnąć
niemal do rana. A rano przywitał nas dość intensywny wiatr, ale też w miarę
ciepła pogoda (Listwianka to najzimniejsze miejsce nad Bajkałem). Wypiłyśmy w
barze czaj, doładowałyśmy telefony w informacji turystycznej i przeszedłszy to
nieciekawe miasteczko po jego głównej arterii, złapałyśmy stopa do Irkucka. W Listwiance nie widziałam co prawda zalewu chińskich
turystów, o którym wspominała mi Kasia,
niemniej zupełnie nie rozumiem, dlaczego ta nijaka, zimna mieścina stała się
takim ichnim Ciechocinkiem, miejscem, o które pytał mnie każdy Sybirak, tak jakby to było absolutne must be około bajkalskiej wycieczki.
I w Irkucku zostałam w sumie dwie
ostatnie noce, szwendając się po mieście, zwłaszcza po bazarze, na którym kupić
można dosłownie wszystko, pijąc piwo w przyjemnej knajpie Tuńka czy kwas na
ulicy, ale też - to już kolejnego dnia - odwiedzając miejsca poza turystycznym
centrum, jak choćby przyległa do bazaru dzielnicę (to może za dużo powiedziane)
uzbecką. Spotkany po drodze starszy mężczyzna w charakterystycznym uzbeckim stroju
zaprowadził mnie do prawdziwie uzbeckiej czajchany - gdzie ściąga się buty
zasiadając do stołu, a czajnik zielonej
herbaty kosztuje mniej niż mini szklaneczka tejże (podawana w plastiku) w
listwiańskim barze.
No i tak zakończyła się moja syberyjska
przygoda. O świcie wzięłam taksówkę na lotnisko, skąd przyleciałam do Moskwy.
Tam powłóczyłam się jeszcze 6 godzin po ulicach (w zasadzie pustych, nie licząc Placu Czerwonego, gzie wylęgło całe miasto włącznie z turystami). Moskwa
niewątpliwie ma swój urok, ale te tłumy w centrum, niewyobrażalne korki na
ulicach, monumentalne budowle, niesamowita wprost czystość (na każdej niemal
ulicy widziałam panów z miotłami tudzież osoby malujące śmietniki, parkany
itp.) jakoś nie leżą w czołówce mych upodobań. Wolę gwarny, ale jakże inaczej
(bo lokalnym, a zarazem internacjonalnym gwarem) Irkuck, z jego chaosem, prowincjonalnością i brakiem udowadnianego na każdym kroku sznytu miasta
stołecznego.
Super wpis, powodzenia w dalszej podróży. Pozdrawiamy.
OdpowiedzUsuń