Droga do Armenii, czyli o tym jak nie mogłam wydostać się z Gruzji

Jeśli komuś zależy na szybkim dostaniu się z Gruzji do Armenii, zdecydowanie powinien wybrać za punkt startowy Tbilisi, a stamtąd udać się do Alaverdi.  Nie polecam kierowania się moimi śladami, tj. z Kutaisi do Achalciche. No chyba, że ma ów ktoś sporo czasu i do Armenii wcale mu nie śpieszno. Ja co prawda czasu nie miałam, ale nie miałam też za bardzo wyjścia, bo jechałam aż z Abchazji. Dojazd do Armenii zajął mi ponad dwa dni, co nie znaczy jednak, że nie da się szybciej. Tu zaważyły i dziwne zbiegi okoliczności, i fakt że wybrałam za środek lokomocji głównie autostop. I wreszcie moja słabość do bratania się z autochtonami, mimo marnej znajomości rosyjskiego, o gruzińskim nie wspominając. Przede wszystkim jednak wyjechałam z Kutaisi za późno. Nie było już żadnej marszrutki do Achalciche, wzięłam więc taką do Baghdadi, naiwnie zakładając, że stamtąd wydostanę się dużo łatwiej. Kierowca busika ową wycieczkę mi żarliwie odradzał, strasząc groźnymi lasami i przestrzegając przed autostopem. Naszej rozmowie przysłuchiwała się młoda, na około dwudziestoparoletnia dziewczyna, która po chwili płynną angielszczyzną zaproponowała mi nocleg pod miastem, w domu swoich nieżyjących już dziadków, gdzie wraz z 10-letnim rodzeństwem spędzała wakacje. Z braku lepszego pomysłu przystałam na tę propozycję, z żalem żegnając nadzieję na dotarcie przed zmrokiem do armeńskiej granicy.






Spędziłam jednak naprawdę uroczy wieczór w tym skromnym, ascetycznym wręcz domu – z rustykalnym wnętrzem, wychodkiem w podwórzu i kanciapą zaaranżowaną na łazienkę – nie mogąc opędzić się od uroczych bliźniaków, ciekawych wszystkiego, co dotyczyło kraju ich niespodziewanego gościa. A rano wyruszyłam dalej, odprowadzona przez Deę i zaspane dzieciaki, które zdążyły jeszcze zerwać dla mnie po garści orzechów na drogę – ze swego zapuszczonego, niemal dzikiego sadu.




Nie zrobiłam nawet dwóch kroków, gdy zatrzymał się samochód, który zawiózł mnie na drogę wylotową. Tam, uzupełniwszy zapasy żywieniowe o rosnące przy drodze figi, zaczęłam łapać okazję do Achalciche. Trudne to nie było, samochody zatrzymywały się co chwila, wioząc mnie o wioskę lub dwie bliżej celu. Czasem jakiś kierowca nadrobił drogi, ale wcześniej musiałam z nim pojechać – czy to na targ, czy do źródła zdrowotnej wody. 

 





Za współpasażerkę miałam nawet uroczą kozę, którą trzeba było zawieść na jakieś pustkowie – nieubitą, błotnistą drogą. 

























Wszystko to trwało więc nie najkrócej, mimo że wożący mnie panowie bardzo starali się być pomocni – sami nawet zatrzymywali kolejne samochody, w końcu wszyscy w okolicy doskonale się znali. Po kilku godzinach, kiedy odjechałam ledwie kilkadziesiąt kilometrów od domu Dei, okazało się, że niedługo skończy się normalna droga i szanse na dostanie się do granicy mam raczej nikłe. Mogłam albo liczyć na cud, a ściślej jadącego akurat w tamtą stronę jeepa, albo wracać z powrotem do wioski pod Baghdadi i jechać naokoło do Achalciche. Wybrałam to drugie, ale tym sposobem po ładnych paru godzinach jazdy autostopem stałam dokładnie w tym miejscu, z którego o świcie wyjechałam. Tu już wsiadłam do autobusu, ale i tak w okolice Achalciche dojechałam dopiero wczesnym wieczorem, jeszcze nie tracąc nadziei na nocleg po armeńskiej stronie. Nadzieja jednak i tym razem okazała się płonna.





Wysiadłam tuż przed miasteczkiem, widząc kierunkowskaz wskazujący granicę z Armenią. Nic się jednak nie zatrzymywało, choć wszyscy kierowcy, policji nie wyłączając, przyglądali mi się, jakby pierwszy raz w życiu widzieli laskę z plecakiem, samotnie idącą wzdłuż ulicy. Do granicy było jeszcze 110 kilometrów. W końcu zaczepiłam grupę mężczyzn, którzy zrobili sobie postój na piknik. Zgodzili się mnie zabrać, co oznaczało 60 kilometrów bliżej celu. W połowie drogi zatrzymaliśmy się w przydrożnym domu, odstawiając dwóch naszych współpasażerów. „Za chwilę pojedziemy dalej” – uspokajał mnie sympatyczny staruszek, który specjalnie dla mnie zwolnił miejsce obok kierowcy i przeniósł się na pakę. -„Napijemy się tylko kawy”. W języku Gruzinów „napić się kawy” jest jednak zwrotem bardzo pojemnym i, jak miałam się za chwilę przekonać, mieści w sobie także posiłek, wino, wódkę i co najmniej kilkanaście toastów. Posadzono mnie wraz z mężczyznami przy stole. Kobiety siedziały na kanapie obok i nie uczestniczyły w toastach, nie jadły też z nami. Ale że ani one, ani młodsi mężczyźni nie znali ni słowa po rosyjsku, staruszek musiał służyć za tłumacza, co jeszcze bardziej wydłużało i tak już niekrótkie toasty. W końcu, po co najmniej dwóch godzinach, z trudem odpierając propozycje noclegu, pojechałam z moim staruszkiem dalej. Ale po pół godzinie zatrzymaliśmy się znowu pod jakimś domem. Tym razem posadzono mnie na kanapie, a dziadek z kierowcą poszli najpewniej coś załatwiać. Nie było ich co najmniej kilkadziesiąt minut. W międzyczasie stałam się widowiskiem dla miejscowych dzieciaków, które z impetem wbiegały do domu, po czym zatrzymywały się w progu, już z lekka onieśmielone. Patrzyły na mnie przez chwilę jak na jakieś kuriozum, po czym z równym impetem wybiegały z chałupy. A zaraz potem wparowywała następna wycieczka "zwiedzających".

W końcu, gdy dotarliśmy do miasteczka, zaczęło się ściemniać i padać. Dziadek przez parę minut dzielnie łapał mi stopa, w końcu zmarznięty wrócił do auta, nakazał kierowcy jechać i już, nie pytając mnie o zdanie, zarządził nocleg u siostry, do której zmierzał.
Po kilkunastu minutach jazdy nieubitą drogą dotarliśmy do wioski zdominowanej przez Ormian. Znajdujący się na jej skraju dom moich gospodarzy był jednym z zaledwie kilku zamieszkanych przez Gruzinów. Zachodzące słońce tylko podkreślało surowy, niemal dziewiczy klimat tego miejsca. Sam dom prezentował się całkiem okazale, w środku krzyczała plazma i inne nowoczesne sprzęty. Jego mieszkańcy najwyraźniej jednak za drugorzędną potrzebę uznali posiadanie cywilizowanej toalety, o łazience nie wspominając. Musiałam się zadowolić, nie po raz pierwszy przecież, drewnianym wychodkiem na zewnątrz. Dużo dotkliwiej odczułam jednak (po raz drugi z rzędu) brak jakiejkolwiek łazienki. Na podwórzu walał się co prawda wąż ogrodowy, ale nie bardzo wiedziałam, jaki mam zrobić z niego użytek w obcym domu pełnym mężczyzn.






Brak estymy do zabiegów pielęgnacyjnych nie szedł tu w parze z brakiem umiłowania do jedzenia, na co wskazywały też bardzo obfite kształty kobiet i napęczniałe niczym balony, ale najwyraźniej ciągle nienasycone, brzuchy mężczyzn. Nikt, rzecz jasna, nie chciał słuchać, że przecież dopiero jedliśmy i po kilku minutach stół uginał się pod rozmaitymi regionalnymi przysmakami. „Ty chudzinka jesteś, musisz jeść” – mówiła, patrząc na mnie z dezaprobatą, gospodyni. „Jedz, bo śniadania nie będzie, a ciebie czeka długa droga” – dodał jej mąż. Więc jadłam, z łakomstwa bardziej niż przez rozum, bo wszystko było tak pyszne. Każda potrawa, od masła po mięso (tu wegetarianizm ratował mnie przed skutkami kiepskiej asertywności) było naturalnie domowej roboty. No i te toasty! Rolę tamady przejął gospodarz domu, w związku z tym jego toasty były najdłuższe, zanim jednak można było upić łyk wina, każdy z zebranych przy stole musiał dorzucić coś od siebie. Piliśmy rzecz jasna za pokój, Gruzję, za rodzinę i tych którzy odeszli, ale też za mnie i mój kraj. No i po prostu za miłość i przyjaźń. I przy każdym toaście, jak to na Kaukazie bywa, kieliszki – bez względu na to, ile w nich jeszcze trunku pozostało – uzupełniano do pełna.
Gruzini jak zawsze byli bardzo mili i gościnni. Rozmawialiśmy trochę o Abchazji, „którą Ruscy im zabrali”, o zarobkach i życiu w Polsce, trochę o Armenii. O samych Ormianach mówili bez wrogości, ale też bez nadmiernej sympatii – nie w smak im było chyba być mniejszością na własnej ziemi.
Jakież było moje zdziwienie, gdy rano, wciąż jeszcze czując skutki wieczornego obżarstwa, zastałam znów suto zastawiony stół! A na dobicie gospodyni wniosła jeszcze aromatyczne domowe chaczapuri z kilkoma gatunkami sera. Cięższa o parę kilo wróciłam w końcu do miasteczka, odwieziona przez syna gospodarza, który nagle, w ciągu tych nastu minut spędzonych w samochodzie, poczuł do mnie miętę J Długo jeszcze będzie mi wysyłał czułe smsy, nie zrażając się zupełnie brakiem zainteresowania z mojej strony.


Na dworcu, czekając na marszrutkę, zrobiłam kilka fotek siedzącym pod sklepem Ormianom. Nie mogli zrozumieć, po co jadę do ich ojczyzny. „Tam przecież nic nie ma” – dziwił się jeden z nich. Drugi koniecznie chciał wiedzieć, skąd ta nasza, Polaków, niechęć do Rosjan. „Przecież to Wasi oswobodziciele, dzięki nim pozbyliście się Niemców” - mówił. Nie chciało mi się tłumaczyć, że z tej łaski wpadliśmy w kolejną niewolę, opuściłam więc nader rozmownych panów i ruszyłam wreszcie w ostatni już odcinek mej podróży do Armenii.





1 komentarz: