Czarnobyl i Prypeć 30 lat po katastrofie (cz.1)

To miał być prosty eksperyment. Rodzaj testu służącego – o ironio losu – poprawie bezpieczeństwa systemu. Zawinił sprzęt, w którym już wcześniej zarejestrowano usterki, ale zawinili też ludzie, a ściślej ich złe decyzje. Nocą 26 kwietnia 1986 roku eksplozja wodoru rozsadziła rdzeń jednego z czterech reaktorów obsługujących elektrownię atomową „Czarnobylskaja”, zrywając przykrywającą go stalową płytę, ważącą – bagatela – ponad tysiąc ton! Do atmosfery przedostały się radioaktywne izotopy, zatruwające prawie 10 procent terytorium dzisiejszej Ukrainy i -ponad 20 - Białorusi. W wyniku wybuchu zginęło ok. 30 osób, nikt jednak nie oszacował, i pewnie nigdy nie będzie w stanie, chorób i zgonów spowodowanych chorobą popromienną. Z miasta Czarnobyl, pobliskiej Prypeci i okolicznych wiosek w promieniu 100 km od elektrowni, wysiedlono w przeciągu kilku dni ponad 300 tysięcy ludzi. Do dziś jest to strefa zamknięta, ściśle strzeżona przez władze obydwu krajów.

 ***
Początkowo chciałam jechać tam sama - bo tak lubię najbardziej (pisałam o tym tutaj). Potem rozważałam zorganizowanie grupy z prywatnym autem. Dałam ogłoszenie na Facebooku i nawet jednego chętnego, a przy tym posiadacza busika, znalazłam. Dołączył do nas jeszcze mój znajomy. Ostatecznie pomysł jednak upadł – w trójkę się nie opłacało, zresztą ogrom biurokracji nas przerósł. A i tak byłaby to wyprawa w ciemno, z dużym ryzykiem niepowodzenia. Tak nas przynajmniej straszono: że biorą łapówki, że przepustek nie dają. Pewnie dałoby się pojechać na własną rękę, i nawet z łapówkami wyszłoby taniej – tym razem jednak się poddałam, wybrałam kijowską firmę, z którą podróżują głównie miejscowi i zapłaciłam ok. 1000 zł. za dwa dni w zonie, z wiktem i opierunkiem w pakiecie (co zresztą, w porównaniu do konkurencji, nie było wcale zawrotną sumą). Koledzy zrezygnowali. Ja uznałam, że podobna okazja może się szybko nie powtórzyć – jechałam wszak na tydzień do Kijowa, a w weekend archiwa i tak zamknięte… 

***
Na powitanie dostaję zamówiony wcześniej (oczywiście też za dopłatą) dozymetr mierzący stopień napromieniowania oraz T-shirt z nadrukiem czarnobylskiej elektrowni: „Dla przyjaciół z Polski gratis” – mówi, wręczając mi go, jeden z organizatorów wycieczki. Moja radość nie trwa jednak długo. Szybko się bowiem okazuje, że na dwudniową wyprawę jedzie, wliczając 2 przewodników (jeden z nich – o dziwo! – mówi perfekcyjnie po angielsku) aż 25 osób (poza mną, trójką Anglików i jednym Włochem ze Szwajcarii są to sami Ukraińcy). Da się coś zobaczyć w takim tłumie? – myślę nie bez rozgoryczenia – O odpowiednim skupieniu nawet nie wspominając?
Zorganizowanych grupowych wycieczek szczerze nie znoszę. Tak liczną grupę nie jest łatwo opanować – przewodnicy dają więc mniej czasu niż powinni na każdy obiekt, biorąc poprawkę na spóźnialskich. Tacy mają zresztą najlepiej. Ci posłuszni tracą zaś podwójnie – nie dość, że nie zobaczą tyle, ile by chcieli, to jeszcze muszą czekać w nerwach na „ogon”. Nie inaczej było i tym razem. Prym wiódł chłopak, którego przezwaliśmy Nirwana – głównie ze względu na jego ograniczony kontakt ze światem. Nie szczędzono mu złośliwych komentarzy – ów jednak pozostał niewzruszony. Więc znalazłam na to swój, dość dziecinny, ale skuteczny sposób. Trzymałam się w pobliżu gościa, dzięki czemu mogłam zobaczyć więcej niż reszta, a słysząc niecierpliwy dźwięk klaksonu biegłam naprędce z powrotem – dzięki czemu to nie mi się obrywało. Bo Nirwana i na klaksony nie zważał.
No ale zanim doświadczymy tych wszystkich nadprogramowych wrażeń jedziemy ok. 2 godziny do pierwszej kontroli w Zonie. Dalej droga do Czarnobyla prowadzi przez opuszczone wioski, straszące pustymi kadłubami domów, częściowo przysłoniętymi bujną i dziką roślinnością. Sam Czarnobyl natomiast na pierwszy rzut oka wygląda całkiem zwyczajnie – jak takie senne niewielkie miasteczko o świcie. Jest już jednak południe, a wokół panuje przerażająca pustka i cisza. Zatrzymujemy się przed cerkwią - jedną z dwóch w mieście, ale jedyną, która wciąż jest czynna (codziennie do godziny 11:00). Teraz jednak nikogo tam nie ma.


Dookoła pełno opustoszałych domów, niektóre w kompletnej ruinie lub z obsuwającym się gruntem (co miałam „przyjemność” sprawdzić na własnej skórze), inne przygniata lub niemal rozsadza bujna roślinność – nowe wyposażenie wnętrz.  Paradoksalnie, owe wystające z okien drzewa i krzaki są najbardziej żywym elementem tego miejsca. Chociaż… na podwórzu jednego z domostw suszą się na ganku bakłażany i pomidory – tak jakby ktoś jeszcze niedawno tam urzędował. Poza tym śladów życia brak. Nie licząc wygłodniałych psów, których tu wszędzie pełno. Pewnie przeżyją tylko najsilniejsze, reszta skończy żywot jako pożywienie dla wilków, o których krążą mrożące krew w żyłach opowieści.



\





















Jednak Czarnobyl nie jest miastem kompletnie opuszczonym. Oprócz stacjonujących tu rotacyjnie badaczy, pracowników dekontaminujących elektrownię i obsługi (w sumie kilka tysięcy, na ogół mieszkańców pobliskiego Sławutycza), w mieście żyje mniej niż sto osób (przed tragicznymi wydarzeniami z 1986 roku było ich 50 tysięcy). To głównie starsi ludzie. Jednego zresztą spotykam przy cerkwi. Zatrzymuje się niepewnie, nieco wystraszony. Z trudem cedzi słowa, jakby dawno nie używał ludzkiej mowy. Staruszek żyje sam, odkąd zmarła mu żona ma tylko krowę. Wrócił tu kilka lat po katastrofie, skazując się dobrowolnie na kompletną samotność. „Tu się urodziłem” – mówi niemal z płaczem. I w jego głosie słychać wszystko to, czego mówić nie musi: woli żyć w zrujnowanym, opuszczonym mieście, w którym wszystko mu przypomina o tym, co bezpowrotnie utracił niż w normalnych warunkach gdzie indziej. Bo tu jest jego dom.  W mieście, w którym funkcjonuje jedna cerkiew, dwa sklepy, hotel, restauracja i kilka budynków rządowych. I gdzie pracownicy obsługi stanowią substytut mieszkańców, ożywając swą tymczasową obecnością to niemal wymarłe miasto.




Zatrzymujemy się pod monumentem upamiętniającym ofiary katastrofy.
Pstrykam pośpiesznie fotkę i biegnę kawałek dalej, zajrzeć do opuszczonych domów. Niektóre są otwarte, w innych mosiężne kłódki pilnie strzegą wnętrz przed ciekawskim okiem turystów i stalkerów – można co najwyżej zajrzeć przez okno. Ale przed czym strzegą? Wszędzie jest tak samo pusto: walają się tu i ówdzie jakieś brudne szmaty, kawałki drewnianych mebli, częściowo rozebrane piece i zdezelowane sprzęty. Może właściciele tych domów też planują wrócić? Może liczą, że miasto odzyska dawną świetność? A raczej kiedyś liczyli, bo obecnie większość tych chałup nadaje się już tylko do rozbiórki.







 

 

Wracam do autokaru z mieszanymi uczuciami. Bo czy to nie jest niezdrowy voyeryzm? Rodzaj czarnej turystyki? Łazimy po tych domach, zaglądamy do okien, ekscytując się niczym dzieci, które uwielbiają bawić się w ruinach, których kręcą takie postapokaliptyczne klimaty. A w końcu za tymi opuszczonymi domami kryje się ludzka tragedia. Może nie śmierć, choć pośrednio w wielu przypadkach na pewno tak. „Nie czujesz moralnego dyskomfortu, jadąc w takie miejsce?” – spytała mnie przyjaciółka, gdy zdradziłam jej moje plany. Wówczas z przekonaniem udowadniałam, że nie kieruje mną podniecenie, jeśli już to zdrowa, poznawcza ciekawość. Że jadę jako reporterka, a nie stalker. Że chodzi o wiedzę, doświadczenie wszystkimi zmysłami. Bo przecież dopiero widząc „na własne oczy” będę w stanie naprawdę zrozumieć ludzki wymiar tej tragedii. Bo wreszcie, gdyby nikt tam nie jeździł, cała katastrofa przeszłaby do lamusa historii jako jedna z wielu czarnych rys na wizerunku ZSRR. Owa pustka domów i miejsc publicznych krzyczy jednak głośniej niż jakikolwiek opis i nie pozwala ani na chwilę zapomnieć, że 30 lat temu toczyło się tam normalne, mniej lub bardziej szczęśliwe, życie. 
Myślę o tym wszystkim, wsiadając do autokaru. Ale nie jestem już taka pewna czystości mych motywów. Być może to normalna reakcja. W końcu już Platon nie miał złudzeń co do ludzkiej natury, gdy pisał o okropnościach, które z równą siłą nas odrzucają, co przyciągają. Czymże też jest wzniosłość, jeśli nie przyjemnością patrzenia na to, co nas przeraża, co nami wstrząsa, o ile oczywiście bezpośrednio nam nie zagraża? Obrazy destrukcji mają w sobie taki właśnie wzniosły wymiar piękna. Chcę jednak walczyć z towarzyszącym mi dreszczykiem ekscytacji – czuję, że to niezdrowy odruch, że za bardzo oddala mnie od istoty sprawy. Od tego, co się tu wydarzyło.


Tymczasem to, co zobaczyliśmy w Czarnobylu, było zaledwie przedsionkiem piekła. 

1 komentarz:

  1. Co za emocje! Czytałam ten wpis z bijącym mocno sercem ! Przypomniał mi się horror "Czarnobyl", który oglądałan.
    Historia tego miejsca jest naprawdę przeraźliwie smutna, a tym samym ma w sobie podniecającą nutkę tajemnicy.

    OdpowiedzUsuń