Plany dobrze mieć, choć czasem nic z
nich nie wychodzi. Tak było również tym razem. Przyjechałam do Sludianki wczesnym
wieczorem, zaliczywszy jeszcze co najmniej 1,5-godzinny spacer po jej odległych dzielnicach. Wciąż zapominam, że miasta na
Syberii, choćby małego, nie da się tak łatwo przejść, ba, nierzadko trawers
przez byle wioskę zajmuje z godzinę lub dłużej. Do dworca, nota bene głównej
atrakcji, jeśli chodzi o zabytki Sludzianki (to jedyny budynek zbudowany całkowicie z marmuru), dotarłam już tak wymęczona, że sił
starczyło mi tylko na zwiedzenie niewielkiego "centrum" z
opustoszałym już wówczas rynkiem.
"Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej" (Kapuściński)
ABCHAZJA
(4)
ARMENIA
(5)
CZARNOBYL
(5)
Do poczytania
(3)
GRUZJA
(15)
IZRAEL
(1)
Jerozolima
(4)
KIRGISTAN
(11)
KolejNaOpowieść
(1)
Lwów
(1)
NEAPOL i wybrzeże Amalfi
(4)
Przeczytane/zobaczone
(3)
SYBERIA
(8)
Turcja
(3)
UZBEKISTAN
(2)
WENECJA
(1)
Arszan i Dolina Tunkińska. Syberia w pojedynkę cz. 3
Ten dzień nie zapowiadał się
dobrze. Poranek w Irkucku przywitał mnie ulewnym deszczem. Czekałam, aż choć
trochę ustanie i to był błąd, bo w efekcie spóźniłam się na pociąg do Sludianki.
Podróż elektriczką trwa 3,5 godziny, ale wiedzie przez piękne tereny, jest więc
na co popatrzeć. Zmuszona byłam jednak łapać marszrutkę, która co prawda jeździ
szybciej, ale jak to zwykle bywa na Wschodzie, trzeba czekać, aż się zapełni.
Tym razem trwało to z grubsza godzinę, do samej Sludianki jednak nie
dojechałam, wysiadłam w Kułtuku, przeszłam przez tą całkiem malowniczo położoną
wieś, a tam złapałam stopa do Arszanu, uzdrowiska leżącego już w Dolinie
Tunkińskiej, w bliskim sąsiedztwie z Mongolią. Wyspa Olchon. Syberia w pojedynkę cz.2
Irkuckie impresje. Syberia w pojedynkę cz.1
Co prawda w
międzyczasie Ural Airlines odwołało mi loty do Moskwy i musiałam skorzystać z
oferty polskich linii lotniczych, co oznaczało transfer z jednego lotniska na
drugi, odległy odeń o, bagatela, 85 kilometrów, ale ostatecznie po dobie w
podróży i z dokuczliwymi objawami jet laga, wylądowałam w stolicy Syberii
Wschodniej.
Barani mózg i inne delikatesy, czyli wegetarianka na tradycyjnej uczcie kirgiskiej. Jezioro Song-kul cz.2
„Nie
zwiedzam lądów ani mórz, ale ludzi.
Zwłaszcza, jeśli tkwi w
nich bolesna opowieść, która się nie może wydobyć”
(Henryk Grynberg )
Dlatego też, kiedy dowiedziałam się, że
gospodarze odprawili z kwitkiem mojego kierowcę, zmuszając mnie, bym została
gościem na prawdziwej kirgiskiej uczcie, specjalnie nie rozpaczałam. A mówiąc
między nami, byłam wniebowzięta. Zwłaszcza, że dobrze mi było wśród tych
cudownie zielonych pól, surowych gór i okrutnie zimnego jeziora.

Pejzaż (prawie) bez człowieka, czyli jezioro Song-kul i niemal metafizyczne milczenie przyrody
Ale po kolei.
O porwaniach kobiet w Kirgistanie i trudzie ich życia na wsi, czyli mój ostatni dzień nad jeziorem Issyk-kul
Przez te 10 dni zdążyłam się już przyzwyczaić do rustykalnych wnętrz, braku wygód choćby w postaci normalnej (a często jakiejkolwiek) łazienki, do spania na podłodze i jedzenia twardego jak kamień chleba. Stać mnie było zresztą na hostel, chciałam jednak poznać życie autochtonów, doświadczyć go odrobinę na własnej skórze, a nie tylko oglądać z bezpiecznych turystycznych pozycji.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
